Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2023

Wszystko już było - "sowiecka rewolucja murzyńska"

Ilustrowany Kurier Codzienny, 12 października 1932 r.

Dziennikarz - sługa czy nadzorca?



Niepoprawnik polityczny
Dziennikarz - sługa czy nadzorca?

Jednym z głównych warunków istnienia państwa demokratycznego jest zapewnienie obywatelom nieskrępowanego dostępu do informacji publicznej. Dzięki temu mogą oni kontrolować polityków, aby ci nie łamali praw i reguł demokracji.
Powołaniem dziennikarza jest służba społeczeństwu i dostarczanie mu rzetelnej informacji o sprawach publicznych, a nie kreowanie jego poglądów na różne sprawy (tym zajmuje się propaganda). Jeżeli dziennikarz wikła się w układy z politykami to przechodzi na ich stronę i staje się nie sługą społeczeństwa ale jego nadzorcą. 
Prezentowana przez dziennikarza informacja ma być rzetelnie przygotowana i uczciwie podana. Rzetelne przygotowanie wymaga weryfikacji źródeł i potwierdzenia w źródłach niezależnych. W razie braku takowych należy to zaznaczyć w tekście. Uczciwie podana informacja powinna być neutralna emocjonalnie. Nie może sugerować czytelnikowi oceny (np. doborem tytułu lub materiału ilustracyjnego) i musi być wyraźnie oddzielona od ewentualnego komentarza.
Dziennikarz nie może być cenzorem. Jego obowiązkiem jest przestrzeganie prawa o wolności słowa – jednej z najważniejszych zasad demokracji. Jeżeli dziennikarz podaje czyjąś wypowiedź to nie może manipulować jej treścią (np. przez skróty zmieniające sens) albo blokować. Ocena jest nadrzędnym prawem czytelnika. Swoje zdanie dziennikarz może przedstawić w osobnym materiale.

Tak w skrócie ....
Teraz odpowiedzcie sobie sami ile mediów jeszcze pracuje według tych starych zasad

Rok upadających mitów ...


2022 – rok upadających mitów (cz. I)

Skończył się rok wyjątkowy. Na naszych oczach wróciło to, co wielu wydawało się trwale minioną przeszłością i zmieniło się to, co wielu uznawało za nienaruszalne. Był to rok w którym padły chyba wszystkie mity, jakimi przez długie lata próbowaliśmy opisywać naszą rzeczywistość. 
Lista  jest długa, więc bez zbędnych wstępów.

  1. Padł mit o wszechpotędze rosyjskiej armii. Groza jaką dotąd budziła „druga armia świata” traktowana była przez Zachód jako niepodważalna „stała” we wszelkich rozważaniach na temat europejskiej i światowej geopolityki. Propaganda kreowana wokół „drugiej armii” skutecznie zastraszała każdego, kto choćby pomyślał o tym, żeby postawić się Rosji. Wszystko działało dopóki Ukraińcy nie powiedzieli „sprawdzam”. Mit rosyjskiej armii padł z hukiem w konfrontacji z armią, której większość nie dawała żadnych szans w takim starciu. Wyszła tragiczna niekompetencja dowódców praktycznie na każdym szczeblu, katastrofalne zacofanie taktyczne i techniczne, beznadziejne morale i fatalna logistyka. Owszem, to wciąż jest armia wielka, wciąż mająca duże zapasy narzędzi do mordowania, wciąż z potężnym arsenałem nuklearnym. To wciąż jest i będzie zagrożenie dla wszystkich sąsiadów. Jednak rojenia rosyjskich propagandzistów o „marszu na Zachód” budzą już tylko śmiech. 

  2. Padł ostatecznie mit o Rosji jako „cywilizowanym kraju” z którym można zawierać „skuteczne kompromisy”. Sama agresja jak i bezmiar rosyjskiego okrucieństwa pokazały dobitnie, że Rosja nie zmienia się od setek lat a „wielka rosyjska kultura” to tylko pozłacana maseczka na pysku śmiertelnie chorej na wściekliznę Bestii. Kto rozumny, ten widzi z kim mamy do czynienia. Kto nie ma rozumu ten już chyba na zawsze pozostanie ślepy i głuchy.

  3. Padł mit o niemieckiej zdolności „do odpowiedzialnego przywództwa w Europie”. Od lat zalewano nas słodziutką i totalnie oderwaną od rzeczywistości propagandą o tym, jak to wspaniale Niemcy kierują europejskimi sprawami. Ot i rzeczywistość wystawiła rachunki za REALNE bezhołowie niemieckiej polityki wobec Rosji. Berlińskie rojenia o kierowanej przez Niemcy jednej przestrzeni „od Lizbony po Władywostok” doprowadziły do uzależnienia państw Unii od rosyjskich surowców energetycznych. Dało to Putinowi kapitalne narzędzie do szantażowania Europy i wprost doprowadziło do wojny na Ukrainie oraz kontynentalnego i globalnego kryzysu. O tym że tak to się skończy wiadome było od lat. Putin od dawna dawał absolutnie otwarte sygnały co do swoich zamierzeń odnowienia rosyjskiego imperium. Od dawna realizował je kolejnymi rzeziami (Czeczenia, Gruzja, Ukraina). Niemcy mieli dużo czasu żeby posłuchać polskich ostrzeżeń, przejrzeć na oczy, porzucić stare rojenia i rzeczywiście stać się ODPOWIEDZIALNYM graczem w europejskiej polityce. Zachowanie Niemców po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę pokazuje dobitnie, że nie tylko wiedzieli co się stanie, ale wprost akceptowali to i czekali na szybki finał. „Niestety” Ukraińcy postanowili bić się, Polacy postanowili pomóc a USA weszło do gry tak twardo, jak chyba mało kto się spodziewał po ekipie Bidena. Niemcy mogli od razu odpuścić …. ale zamiast tego przez długie miesiące pod różnymi pretekstami de facto sabotowali realną pomoc dla Ukrainy. Teraz pod presją różnych nacisków Berlin owszem, pomaga, ale wciąż nie jest to pomoc, która może realnie zmienić przebieg wojny na korzyść Ukrainy.
    Tak na marginesie – wszyscy „politycy” którzy przed wojną prześcigali się w hołdach wobec „niemieckiego przywództwa” powinni na trwałe zlecieć z polskiej sceny politycznej – ich głupota wprost zagraża przetrwaniu Polski.

To tylko początek listy. Będą następne odcinki. 

środa, 14 grudnia 2022

Wojna na Ukrainie - rosyjska "logika"

 

Wojna na Ukrainie - rosyjska "logika"

Schematy rosyjskiej propagandy w kwestii inwazji na Ukrainę są bardzo proste:

1. Rosja sama nigdy na nikogo nie napada.
2. Kiedy Rosja na kogoś napada to tylko się broni, wyzwala, niesie bratnią pomoc albo walczy z nazizmem.
3. Każda obrona przed rosyjską obroną jest agresją wobec Rosji i nazizmem.
4. Każda pomoc ofiarom napadniętym przez rosyjską obronę jest agresją wobec Rosji i nazizmem.
5. Każdy ma prawo być niewolnikiem RuSSkiego Miru.
6. Każdy kto nie chce być niewolnikiem RuSSkiego Miru jest wrogiem Rosji i nazistą.
7. WSZYSTKIEMU WINNI SĄ POLACY.

poniedziałek, 18 lipca 2022

Zygmunt Krasiński o polityce Rosji

Zygmunt Krasiński
Fot. K. Beyer (przed 1859 r.).

List do przyjaciela Henry‘ego Reeve’a z 1832 roku (fragmenty):
„Biada tym, co nic nie umieli przewidzieć, co pozwolili ludożercom tańczyć wokół swoich ofiar i nie pośpieszyli im z pomocą; co złożyli nadzieję w handlu, co zawierzyli ekonomii politycznej. Wszyscy oni zginą, wszyscy! (...)  
„Moskwa czyha na rozkład cywilizacji zachodniej – czeka, aż wojnami domowymi, bratobójstwem społecznym osłabnie Europa – aż świat wszystek, znękany krwi upływem niezmiernym i ubytkiem równie wielkim prawości, z mordów przerzuciwszy się w sprzedajność i zepsucie, aż sam świat, mówię, zawezwie ją do siebie, podda się jej – wtedy azjatycką stopą nastąpi na Europę i knut da do pocałowania suchotnikom europejskim, znędzniałym, wycieńczonym, leżącym na gruzach dymiących, śród kałuż czerwonych! Poniżona natura ludzka wielu przerażeniami, chora z utraty zmysłu ku cnocie, nie odmówi żadnego pocałunku. Wtedy Moskwa przekonana, że się jej nic nie oprze, pewna, że wszystkie proroctwa Piotra Wielkiego spełnione, zacznie grasować, a tak obmierźle i nie po ludzku, że obudzi ostatnią rozpacz w Europie”.

Memoriał do Guizota (francuskiego ministra spraw zagranicznych) z 1847 roku (fragment):
„Przecisnąć się do Europy, zatknąć swoje zwycięskie orły na kupach gruzów i zwalisk albo na kupach błota, nagromadzonych przez podłość jednych, przez nieudolność drugich, przez niezgodę wszystkich”

Artykuł w "Gościu"
Strona Krasińskiego na Wikipedii

"O charakterze zaborów rosyjskich" - Maurycy Mochnacki

Maurycy Mochnacki.
Ryt. S. Łukomski.

"W tym zawsze jednakowym trybie postępowania polityka carów ma trzy oddzielne epoki. W pierwszej podburzają, zakładają miny w środku sąsiedzkiego kraju, który życzą sobie opanować. Jest to czas niewidomych wpływów, przekupstw, obietnic. W drugiej występują jawnie z interwencją: nasamprzód gwarantują, potem protegują nieszczęśliwego sąsiada, zawsze na jego własne żądanie. W Szwecji poddani wzywali pośrednictwa moskiewskiego, w Polsce król na czele wielkich panów, w Turcji sam sułtan. Jest to czas mamienia zachodnich dworów. Dyplomatyka moskiewska wśród tych okoliczności rozwija swe talenty w Europie; wysławia bezinteresowność cara, wspaniałomyślność, zamiłowanie pokoju. Zaczepnym poruszeniom wojsk jego nadaje słuszne pozory; zaś Berlin i Wiedeń częścią oszukać, częścią do pewnego udziału w rozboju wciągnąć usiłuje. Gdy tym kształtem zabór bez zwycięstw, bez rozlewu krwi, bez żadnego niebezpieczeństwa, w połowie do skutku przyszedł, wtedy dopiero, to jest w trzeciej i ostatniej epoce polityka moskiewska zaczyna być zachowawczą, konserwatorską. Wtedy to carowie uśmierzają bunty, zaludniają Syberię wichrzycielami porządku, jednym słowem rządzą krajem, który podług wyrazów ich gazety powinien się mieć za szczęśliwego, że straciwszy niepodległość pełną wewnętrznych zaburzeń, składa część cesarstwa wszech Rosji".

Maurycy Mochnacki, "O charakterze zaborów rosyjskich", 1833.

sobota, 25 czerwca 2022

Honor w polityce?

Józef Piłsudski

Honor w polityce?
(tekst z 2017)

Do wybuchu II wojny światowej polska inteligencja miała korzenie przede wszystkim szlacheckie. W pierwszej połowie XIX wieku to właśnie z tysięcy „białych dworków” wyszło jej pierwsze, nowoczesne pokolenie. Ze swoich domów wynieśli zarówno siłę, jak i słabość. Siłą było wspaniałe, przebogate dziedzictwo kultury I Rzeczypospolitej, dające im tak szerokie horyzonty i unikalne postrzeganie świata. Siłą był też żarliwy, nieprzekupny i gotowy na każde poświęcenie patriotyzm. Dla odbudowy wolnej Ojczyzny szli na wszystko, zgodnie ze starą dewizą swoich rycerskich przodków „amor patriae nostra lex” (miłość Ojczyzny naszym prawem). Byli jej zawsze wierni bez względu na cenę, jaką przyszło im za to płacić. Z drugiej strony to również ten sam kult rycerskiego dziedzictwa był wielką słabością polskiej inteligencji – brak realnego zrozumienia reguł rządzących międzynarodową polityką. Postrzegaliśmy ją nieledwie jako wyidealizowany turniej rycerski, w którym liczą się „cnoty” - honor, prawość, wierność, w którym paktów przestrzega się zawsze i bez względu na wszystko, w którym „prawda zawsze się obroni” a w naszej „walce za naszą i waszą” nigdy nie będziemy osamotnieni. Kiedy zaczęło formować się nowoczesne społeczeństwo szeregi polskiej inteligencji w coraz większym stopniu uzupełniali przedstawiciele innych grup społecznych. Synowie mieszczan i chłopów wchodzili jednak w świat pojęć ukształtowany przez swoich szlacheckich poprzedników, przyjmowali jego moralność za własną i tak samo postrzegali rzeczywistość międzynarodową. Wyjątkiem był ruch narodowy, który dzięki takim działaczom jak np. Dmowski potrafił realnie oceniać rzeczywistość.
Stara polska inteligencja została zmasakrowana w czasie II wojny światowej celowymi represjami zarówno Niemców jak i Sowietów. Dalej przyszły represje okresu stalinowskiego, szczególnie bezwzględne wobec niedobitków endecji i okazało się, że nasza inteligencja była budowana praktycznie od nowa. „Kiedy odzyskaliśmy niepodległość” okazało się jednak, że chociaż „komuna” dramatycznie przeorała naszą narodową świadomość to tamto stare dziedzictwo naszej XIX wiecznej inteligencji wciąż siedzi w nas mocniej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wciąż nie rozumiemy polityki międzynarodowej. Aby się o tym przekonać wystarczy poczytać np. internetowe komentarze. Po wieloletniej lekturze tysięcy takich tekstów mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że patrzymy na świat tak samo, jak nasi przodkowie, którzy w XIX wieku szli do Powstań ze świętym przekonaniem, że Europa pomoże bo przecież „racja jest po naszej stronie”. Wciąż mówimy przy takich okazjach dużo o honorze, wierności bez względu na wszystko, o godności, „wartościach”, odwiecznych przyjaciołach i odwiecznych wrogach itd. itp. Chociaż w większości jesteśmy potomkami mieszczan i chłopów, to wciąż wydaje się nam, że światem rządzą takie reguły, jakie chcieli w nim widzieć ci, którzy w XIX wieku jednoczyli Polaków jako nowoczesny naród. O intelektualnym dziedzictwie ruchu narodowego po dekadach propagandowej orki praktycznie zapomnieliśmy. Dopiero w ostatnich latach myśli Dmowskiego i innych publicystów powoli przebijają się do szerszej świadomości Polaków. Wszystko to jednak idzie straszliwie wolno. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak wciąż jest. Historia kilka razy mocno pokazała nam, że światem rządzą jednak zupełnie inne reguły. Aż tak bardzo nie potrafimy uczyć się na własnych doświadczeniach?
Polityka międzynarodowa to tylko gra interesów i nic więcej. Określa ją prosty bilans zysków oraz strat i to wyłącznie on warunkuje przestrzeganie każdej umowy. Nie ma w tym honoru, szlachetnej rycerskości, wierności i tych wszystkich wielkich pojęć, które tak chętnie chcemy tam widzieć. Nikt nikomu nic nie daje w tym świecie za darmo „w imię wyższych wartości” … chyba, że mu się to z bardzo konkretnych powodów opłaca. Nikt nie będzie tutaj za nikogo walczył „w imię dobra” …. o ile nie znajdzie w tym bardzo wymiernych korzyści. Nikt nie będzie nam bezwzględnie wierny nawet w najgorszej sytuacji …. jeżeli nie będzie miał w tym bardzo mocnego interesu. Wyliczać tak mógłbym długo.
Oczywiście zawsze mogą w tej grze wyskoczyć „modyfikatory” ludzkiej głupoty, chciwości i żądzy władzy. Nie zmienia to jednak zasadniczej konkluzji co do głównych zasad. Warto też pamiętać, że to co widzimy na ekranach telewizorów to z reguły tylko teatrzyk dla „mięsa wyborczego”. Najważniejsze sprawy zawsze załatwia się za zamkniętymi drzwiami.
Pozwolę sobie zakończyć cytatem, który doskonale podsumowuje ten temat:
„Polityka każda i praca każda oparta jest na prostej, brutalnej zasadzie, gdzie robić trzeba wszystkie wysiłki, aby zwyciężyć, i wówczas warte jest tylko to, co zwycięstwu pomaga, a bez wartości jest to, co ani ziębi, ani grzeje”.
Józef Piłsudski - przemówienie na zjeździe legionistów w Krakowie 6 sierpnia 1922 r.

Jesteśmy wyjątkowi? OCZYWIŚCIE!

Królewski chorąży z początku XVII wieku. 
Fragment "Rolki Sztokholmskiej".

Jesteśmy wyjątkowi?

Oczywiście że tak! Wielkim, absolutnie karygodnym, błędem naszego nauczania historii jest wbijanie dzieciom i młodzieży że „jesteśmy tacy sami” (w domyśle - „jak reszta Europy”). Nigdy nie byliśmy i obyśmy nigdy nie byli. Każdy naród i każde państwo powstaje przez wyjątkowe okoliczności, które kształtują jego historię i kulturę. Dlatego każdy jest na swój sposób inny i tego nie da się całkowicie zniweczyć nawet kilkoma dekadami ideologicznej orki. Nie inaczej jest z nami.
Powstaliśmy jako państwo na granicy dwóch światów. Z jednej strony Cesarstwo i chrześcijańska Europa, z drugiej od niedawna też chrześcijańska ale idąca już swoją drogą Ruś. Wystartowaliśmy później niż sąsiedzi, ale szybko zaczęliśmy nadrabiać zaległości i zawsze mogliśmy czerpać z większego bogactwa źródeł. Najpierw były to wpływy skandynawskie i niemieckie, ale szybko doszły italskie czy nawet arabskie (za pośrednictwem Żydów). Z Rusią mieliśmy szerokie kontakty już za pierwszych Piastów. Za ostatnich ich owoce były już wyraźnie widoczne, zwłaszcza na wschodzie Królestwa Polskiego. Potem „poszło już z górki”. Żydzi (największa diaspora w Europie), Ormianie (którzy stworzyli nam unikalny styl sarmacki), Tatarzy, masy Niemców, zapomniane dzisiaj a zasłużone rzesze Szkotów, Italczycy, Francuzi, „Olendrzy” … i tak dalej. Polska kultura na tym skrzyżowaniu szlaków przez nasze centrum Europy stała się niepowtarzalnym zjawiskiem, którego wyjątkowego bogactwa … sami dzisiaj nie znamy i nie rozumiemy. Życie na styku światów odbijało się nie tylko na kulturze materialnej, ale też na każdym innym aspekcie rzeczywistości. Praktycznie od zawsze walczyliśmy inaczej niż reszta Europy. Szybko nauczyliśmy się łączyć styl zachodni ze strategią i taktyką Wschodu. W ten sposób ukształtowała się np. nasza superjazda – husaria i jej sławni następcy - ułani. Nasza kultura polityczna szybko poszła własną drogą. Rozwój praw obywatelskich i parlamentaryzmu przełożył się głęboko na strukturę społeczną i obyczaje przestrzeni publicznych. W Polsce było po prostu więcej ludzi wolnych, obdarzonych prawami politycznymi niż w dowolnym kraju ówczesnej Europy. Fakt, że z czasem poszło to w złym kierunku i skończyło się katastrofą, ale to było i odcisnęło na nas piętno nie do zatarcia – tak w tym co dobre jak i co złe. Zawsze inaczej traktowaliśmy kobiety. Społeczna pozycja Polek szybko stała się ewenementem, zauważalnym i komentowanym jak Europa długa i szeroka. Tak na marginesie – komentowanym z reguły zdecydowanie nieprzychylnie, na Wschodzie i na Zachodzie. Nie wiem skąd to się wzięło. Niektórzy łączą ten społeczny i kulturowy unikat z wyjątkowym rozpowszechnieniem się w Polsce kultu maryjnego. Jakkolwiek się to zaczęło realia życia w środku Europy też zrobiły swoje. Polki zawsze były nie tylko piękne, ale też po prostu musiały być extra silne i zaradne żeby przeżyć i chronić swoje rodziny. Wyjątkowo traktowane wyjątkowe kobiety w wyjątkowym kraju …. dzięki nim przetrwaliśmy czas „narodu bez państwa” … i aż nie wypada tłumaczyć, że nie wolno o tym zapominać.
Żydzi - „temat rzeka” … tak bardzo odróżniający nas od reszty Europy. W średniowieczu, kiedy na Zachodzie pogromy i wypędzenia były cyklicznie powtarzającą się normą, nasi władcy poszli zupełnie inną drogą. Przyjmowali Żydów chętnie, zapewniając im ochronę prawną i swobodą praktyk religijnych. To też zostało od razu zauważone i „skomentowane”. Szczególnie nieprzychylni takiej polityce Piastów byli nasi zachodni sąsiedzi, którzy już od XIII wieku przy każdej okazji jeździli z donosami do „centrali” święcie oburzeni na to, że Polacy nie dość nie biją Żydów, to jeszcze robią sobie jaja z zasad dyskryminacji wypracowanych w „cywilizowanej Europie”. „Centrala” na szczęście w zasadzie się nie mieszała. Jeżeli czasem wydawała jakieś „rytualne” połajanki to nasi biskupi oczywiście grzecznie je przyjmowali … i totalnie ignorowali. Z czasem to wszystko się niestety zepsuło. Ogromnie zaszkodził brak efektywnych mechanizmów asymilacji (uboczny skutek polskiej tolerancji) i upadek państwa. Drogi Polaków i większości Żydów tragicznie się rozeszły, ale dziedzictwo stuleci życia na jednej ziemi pozostało.
Przez wieki byliśmy inni wobec „innowierców”. Kiedy „cywilizowana Europa” nawet nie próbowała o tym myśleć nasz Paweł Włodkowic udowadniał na soborze w Konstancji że narody pogańskie też mają prawo do spokojnego życia we własnych państwach. Kiedy Zachodem wstrząsały wojny religijne nasz król uznawał religię za prywatną sprawę poddanych a stan polityczny uchwalał prawne podstawy polityki tolerancji (Konfederacja Warszawska). To też się z czasem fatalnie zmieniło, choć nie tylko z naszej winy i na pewno nie do końca. Dziedzictwo tamtego czasu pozostało jednak w naszej kulturze i wciąż jest mocne, chociaż czasem go nie dostrzegamy a z reguły nie rozumiemy.
Byliśmy inni, jesteśmy … i niech tak będziej dalej. Nie mamy żadnych powodów do kulturowych kompleksów wobec Zachodu, wręcz przeciwnie. To co opisałem to tylko krótki, mocno pobieżny szkic. Zachęcam do własnych studiów i przemyśleń.

piątek, 15 kwietnia 2022

Putler ... czyli dwa oblicza BESTII

 

Putler … czyli dwa oblicza BESTII

W dyskusjach wokół rosyjskiej inwazji na Ukrainę pojawia się często porównanie Putina i jego państwa do Hitlera i III Rzeszy. Czy jest to zestawienie merytorycznie zasadne? Przyjrzyjmy się detalom.
Osoby
W obu przypadkach mamy starzejących się dyktatorów, którzy goniąc za urojeniami młodości wywołali wielkie awantury stawiając własne kraje i światowe bezpieczeństwo na krawędzi. Hitlerowi zachciało się „przestrzeni życiowej” na wschodzie Europy a Putinowi ekshumacji sowieckiego Imperium. Hitler pod koniec panowania całkowicie utracił kontakt z rzeczywistością i zamknął się w kręgu okłamujących go dworaków. Brzmi znajomo? To samo stało się z Putinem. Otoczył się pochlebcami i złodziejami, którzy szczelnie odizolowali „cara” od prawdy, podając mu tylko to, co chciał od nich usłyszeć. Dlatego w ogóle wybuchła tak totalnie absurdalna wojna jaką jest inwazja na Ukrainę. Oczywiste podobieństwa same się narzucają. Są też jednak różnice. Hitlerowi nie można odmówić osobistej odwagi. Był żołnierzem frontowy, dwukrotnie odznaczonym Krzyżem Żelaznym. Po latach zmienił się i od zamachu Stauffenberga dławił go coraz bardziej obsesyjny strach o własne bezpieczeństwo. Putin nigdy nie był na żadnej wojnie. Długo kreował swój „bohaterski wizerunek”, ale w ostatnich latach okazało się dobitnie, że jest w gruncie rzeczy zwykłym tchórzem. Coraz większe obawy o własne bezpieczeństwo doprowadził ostatnio wręcz do karykatury. Jej symbolem może być „wielki stół” przy którym rosyjski dyktator rozmawia ze swoimi dworzanami.
Kult
Hitlera otaczał kreowany i starannie podtrzymywany przez państwową propagandę, wszechogarniający kult jednostki. Osoba Wodza stała się niemal personifikacją państwa. Jego wodzostwo wyniesiono niemal do boskości. Hitler wszystko wiedział najlepiej, wszystko rozumiał, wszystko przewidywał i wszystko genialnie planował. Cokolwiek ponad ślepe wykonywanie rozkazów Wodza uważano w zasadzie za zdradę. Kult Putina rozwijał się stopniowo. Początkowo miał formę takich w gruncie rzeczy śmiesznostek jak np. ciągłe podkreślanie doskonałej kondycji fizycznej. Wszystko rozwijało się wraz ze stopniowym dławieniem opozycji i przejmowaniem kontroli nad mediami. Dzisiaj dyktatora otacza już propaganda totalna, kreowana tak samo jak za Goebbelsa, tak samo wszechobecna jak w III Rzeszy Hitlera i tak samo totalnie zakłamująca rzeczywistość.
Wizja
Co pchało Hitlera i pcha dzisiaj Putina? Na pewno generalne dążenie do podniesienia międzynarodowej pozycji swojego państwa i pragnienie naprawienia wyrządzonych im krzywd. . Hitler chciał odwrócić skutki Traktatu Wersalskiego i przywrócić Niemcom ich mocarstwową pozycję. Putin od początku jako zasadniczy cel swoich rządów deklarował odwrócenie skutków upadku Związku Radzieckiego i odnowienie Imperium. Na tym jednak kończą się podobieństwa. Hitler bez wątpienia był BESTIĄ, ale postrzegał swoje podboje przede wszystkim jako drogę zapewnienia dobrobytu zwykłym Niemcom. Dlatego za jeden z głównych celów swoich działań uznał zdobycie „przestrzeni życiowej” (terenów dla kolonizacji) na wschodzie Europy. Oczywiście wiele działań podjętych przez nazistów jeszcze przed wojną (inwestycje infrastrukturalne, programy socjalne) miało w tle również cele militarne, przygotowujące państwo do przyszłych podbojów. Wszystko było jednak podporządkowane strategii, która przez wojnę miała wynieść Niemcy na szczyty polityczne, ale też cywilizacyjne. Putina los milionów zwykłych Rosjan faktycznie w ogóle nie obchodzi. Jego celem zawsze było imperium, którego sensem miała być wyłącznie chwała zewnętrzna. Realnie nie zrobił niczego dla podźwignięcia kraju z katastrofalnego zacofania, w którym do dzisiaj żyją tam dziesiątki milionów. Wręcz przeciwnie. Od początku obstawił się złodziejami, którzy za jego przyzwoleniem okradali państwo de facto z jego … przyszłości. Jak się właśnie okazało, skala tego złodziejstwa totalnie wymknęła się spod kontroli i dyktator właśnie się o tym dowiaduje dzięki klęskom jego armii na Ukrainie.
Wróg
Aby zjednoczyć wokół siebie naród Hitler i Stalin potrzebowali wroga. Dla pierwszego taki wrogiem byli oczywiście Żydzi. To właśnie ich uznał za główne źródło niemieckich nieszczęść i to ich wyniszczenie miało dać Niemcom "Tysiącletnią Rzeszę". Było to czyste szaleństwo, przez które Niemcy wymordowali najpierw bodaj najbardziej zasymilowaną diasporę w kontynentalnej Europie, a potem miliony niewinnych ludzi, którzy najczęściej nigdy w żaden sposób nie zaszkodzili Niemcom. Żydami Putina są dzisiaj Ukraińcy. To ich w swoim obłędzie uznał za główną przeszkodę dla wymarzonej odbudowy sowieckiego Imperium. Metody "walki z wrogiem" w obu przypadkach są dokładnie takie same - bezwzględne, totalnie wyprane z człowieczeństwa LUDOBÓJSTWO.
Powyższy szkic jest krótki, bo pełne omówienie tematu wymagałoby kilku takich artykułów. Zainteresowanych zapraszam do dyskusji. 

piątek, 18 lutego 2022

Demokracja – krótka historia iluzji (cz. II)

"Nie krzykiem, lecz czynem, nie mordem, lecz nastrojem
wszystkich stoi Rzeczpospolita". Zygmunt Krasiński. 
Pocztówka z 1905 r.

Demokracja – krótka historia iluzji …. (cz. II)

Demokracja zawsze zaczyna i kończy tak samo. Historia dobitnie to pokazuje a procesy geopolityczne w „świecie zachodnim” właśnie kolejny raz potwierdzają. Jeżeli ten ustrój cały czas za przeproszeniem zjada swój własny ogon … to może generalnie jest z nim coś nie tak? Co konkretnie? Teoria demokracji opiera się na założeniu, że ogół świadomych obywateli odpowiedzialnie wybiera strategię rozwoju państwa głosując na swoich przedstawicieli, którzy realizują ją dla dobra publicznego. Jak to realnie wygląda? Rozejrzyjcie się wkoło i zastanówcie, ilu z tych, którzy biorą udział w wyborach ma realną wiedzę pozwalającą na rzetelną, samodzielną ocenę sytuacji w państwie oraz podejmowanie decyzji o polityce przyszłości? Ilu wychodzi ponad poziom biernego konsumenta medialnej papki i zadaje sobie to minimum trudu, żeby poszerzać swoją wiedzę o państwie? Absolutna większość głosuje nie pod wpływem rzetelnego, krytycznego rozumowania, ale przez proste hasła działające na emocje. Część może gdzieś tam, podświadomie, chciałaby inaczej … ale nie mają elementarnej wiedzy, bo nie daje jej ani szkoła, ani „debata publiczna”. Szkoła generalnie sprzedaje nam demokrację jako „najlepszy z ustrojów” i zamiast krytycznego myślenia uczy całkowicie bezkrytycznej, biernej akceptacji. Dlatego zamiast świadomych obywateli ze szkół wychodzi młode „mięso wyborcze”, bez realnej wiedzy i realnych umiejętności skutecznego działania w polityce „państwa demokratycznego” … a często wogóle bez chęci angażowania się w życie wspólnoty. Wiem … oczywiście „są wyjątki”. Wciąż jeszcze zdarzają się w Polsce szkoły, które dzięki zaangażowaniu nauczycieli i rodziców kształtują obywateli a nie tłum. Chodzi jednak nie o to, żeby takie szkoły „zdarzały się”, ale żeby tworzyły system. Jest jak jest i skutki są jakie są. Polskie szkoły wypuszczają kolejne generacje „mięsa wyborczego”, które nie potrafi realnie oceniać rzeczywistości, nie rozumie rządzących nią reguł i nawet nie potrafi normalnie rozmawiać o „najlepszym z ustrojów”. „Demokracja jest najlepsza” i koniec, żadnej dyskusji … a każdy kto próbuje podważyć ten dogmat to dla nich …. w najlepszym razie wróg … albo i nawet „faszysta”. Właśnie dlatego zamiast cywilizowanej debaty publicznej mamy wojnę plemienną, która coraz bardziej niszczy Polskę.
Aby wyrwać się z tego przeklętego kręgu musimy odbudować edukację obywatelską i debatę publiczną. Innej drogi po prostu nie ma. Już w szkole musimy uczyć, że demokracja to wcale nie jest „najlepszy z ustrojów”, pokazywać jej słabe strony i to jak należy sobie z nimi radzić, żebyśmy sami siebie nie pogrążyli. Musimy znowu wychowywać OBYWATELI a nie bezmyślny tłum … inaczej szybko zafundujemy sobie kolejną powtórkę z historii.

Demokracja – krótka historia iluzji (cz. I)

Szlachecki Sejmik w kościele. Rys. J. P. Norblin.

Demokracja – krótka historia iluzji …. (cz. I)

Podobno demokracja to „najlepszy z wymyślonych ustrojów”. Powtarzanie tego twierdzenia w kontekście współczesnej „demokracji liberalnej” szczerze mówiąc zakrawa na intelektualną perwersję. Jeżeli to „najlepszy z ustrojów” to dlaczego prędzej czy później ZAWSZE popełnia samobójstwo? Historia demokracji pokazuje, że po etapie rozwoju ZAWSZE wytwarza ona oligarchów, którzy przejmują państwo i zmieniają reguły gry. Zacznijmy od tak hołubionej w naszym nauczaniu historii DEMOKRACJI ATEŃSKIEJ. Po obaleniu tyranii i reformach Klejstenesa stosunkowo szybko okazało się, że za fasadą „władzy ludu” kryją się realne rządy wybitnych jednostek … czego przykładem może być choćby Perykles. Elity przejęły państwo i wykorzystywały je dla własnych celów. Było to jedną z przyczyn fiaska ateńskich prób jednoczenia Grecji. Ustrojowe mechanizmy obrony przed rządami oligarchów (np. ostracyzm) były wykorzystywane dla politycznych rozgrywek a nie ochrony państwa. Po „Złotym Wieku”, epoce wzrostu i ekspansji, przyszło w końcu to, co nieuchronne i coraz bardziej fasadowa demokracja ateńska przegrała z królestwem macedońskim. Tak na marginesie …. pisząc o demokracji ateńskiej warto pamiętać, że była ustrojem realnie krańcowo odmiennym od współczesnej „demokracji liberalnej”, choćby przez ograniczenie dostępności praw obywatelskich tylko dla wolnych mężczyzn.
Kolejnym wielkim przykładem „ludowładztwa” był Rzym. Republika rzymska ukształtowała się jako próba kompromisu między ludem i elitami. Trwał on stosunkowo krótko. Podboje wyniosły oligarchów i złamały siłę ówczesnej klasy średniej. Ukształtowało to nowe reguły gry, w których państwem rządziły wybitne i potężne jednostki, wykorzystujące dla własnych celów republikańską fasadę. Potem przyszło cesarstwo i nawet fasada ostatecznie zniknęła.
Przejdźmy teraz do naszej zagrody i przyjrzyjmy się historii Słowiańszczyzny. Wśród plemion słowiańskich przez długi czas dominowała „demokracja wiecowa”. Decyzje na temat wspólnoty podejmowały zgromadzenia starszyzny poszczególnych rodów. Rozwój tych społeczności prędzej czy później zawsze tworzył elity które łamały siłę wiecu i ustanawiały silną i stałą władzę centralną. W geopolityce jedna zasada jest niezmienna – przetrwać mogą tylko silni. Kto w miarę szybko pożegnał się z wiecem … ten żyje. Kto trwał przy nim za długo i nie zrozumiał w porę konieczności zmian … ten jest dzisiaj tylko przypisem w historii.
„Demokracja szlachecka” była wielkim polskim eksperymentem ustrojowym …. który zakończył się katastrofalną w skutkach porażką. Zadziałał ten sam mechanizm co w Atenach i w Rzymie. Państwo przejęli oligarchowie, którzy rozgrywali je dla własnych korzyści. Dlaczego tak się stało? Dlatego że parlament skutecznie osłabił króla, który nie mógł już chronić klasy średniej przed polityką magnaterii. Skutkiem było zniszczenie państwa i stulecie zaborów, którego skutki wloką się za nami do tej pory.
Dla „demokratów” wielkim przykładem wyższości ich idei jest powstanie USA. Problem w tym, że przez większą część swojej historii państwo to było raczej zaprzeczeniem współczesnego pojęcia demokracji. Ojcowie Założyciele spisując Konstytucję nowego państwa w swoim najgłębszym przekonaniu tworzyli ustrój republikański. Demokrację uważali za niebezpieczną patologię, za „rządy motłochu” który był „mięsem wyborczym” dla oligarchów. Dlatego prawa obywatelskie dali tylko wolnym, białym mężczyznom. Warto tutaj dodać, że podobnie traktowali sprawę nasi Ojcowie Konstytucji 3 Maja. Pierwsza polska ustawa zasadnicza aby zabezpieczyć państwo przed rozgrywkami magnaterii odebrała prawa obywatelskie ich głównemu elektoratowi – ubogiej szlachcie.
Dzisiaj demokracja ma ciężkie problemy praktycznie na całym Zachodzie. Wszędzie obserwujemy to samo, co już tyle razy przerabialiśmy w historii – dramatyczne osłabienie klasy średniej i stopniowe przejmowanie państwa przez oligarchów ….. ze wszystkimi tego konsekwencjami. Reguły gry zmieniają się dosłownie na naszych oczach. Jeżeli wraca stare … a wraca ewidentnie … to chyba wypadałoby się zastanowić co jest z demokracją nie tak, że zawsze kończy tak samo. Przeczytacie o tym w następnym odcinku.

wtorek, 15 lutego 2022

Karol Wielki … nie nasz „ojciec”, nie nasz bohater ...

Mapa rozwoju Imperium Franków w latach 481–814.

Karol Wielki … nie nasz „ojciec”, nie nasz bohater ...

Niemiecko – francuska narracja historyczna usilnie wciska nam Karola Wielkiego jako „Ojca Zjednoczonej Europy”. Jest to drastyczne przekłamanie, po prostu zwykła propaganda . Problem z „ojcostwem Karola” polega na tym, że nawet w szczytowym okresie potęgi swojego imperium nie panował on nad … jak to się często przedstawia …. „prawie całą Europą”. Owszem, zjednoczył pod swoim berłem PRAWIE CAŁY ZACHÓD. To „prawie” oznacza, że poza jego władztwem była Hiszpania, południowe Włochy, Brytania, Irlandia i Skandynawia. Karol NIGDY NIE RZĄDZIŁ SŁOWIANAMI. Fakt, LUŹNO ZHOŁDOWAŁ zachodnie pogranicze Słowiańszczyzny – plemiona połabskie, Czechów, Morawian i Chorwatów. Jednak to wszystko. Jego polityczne wpływy całkowicie zanikały na wschód od linii Odry i Nysy oraz na wschód od Dunaju. Pozostali poza nimi zarówno nasi przodkowie, jak i cały ogrom etnosu wschodniosłowiańskiego – czyli większość Europy Środkowej i cała Europa Wschodnia.
Przedstawianie Karola jako „Ojca Europy” wobec faktycznego zasięgu jego państwa wynika chyba tylko z tego, że dla zachodniej kultury i zachodniego kodu kulturowego „prawdziwa Europa” to tylko oni, a my to jakiś „barbarzyński wschód”. Takie traktowanie Słowian, taka pogarda wobec naszej historii i naszego dziedzictwa jest tak głęboko wbita w „geny” Zachodu, że w ich polityce historycznej wyłazi praktycznie na każdym kroku. „Sprzedawanie” nam Karola jest dobitnym przykładem takiego podejścia.
Reasumując – Karol Wielki z pewnością wielkim władcą był …. ale nie naszym. Nigdy nie rządził nawet połową Europy, więc po co te bajki o „Ojcu zjednoczenia”? Chyba tylko po to, żebyśmy poczuli się jako „ubodzy i dalecy krewni” z wdzięcznością i pokorą przyjmujący „szklane paciorki” obcego dziedzictwa.

Zbrodnie i polityka ....

Ruiny Warszawy (1945).

Zbrodnie i polityka .... 
(tekst z maja 2019)

Przy różnych okazjach podnoszony jest temat zasadności polskich roszczeń odszkodowawczych wobec Niemiec za straty poniesione w czasie II Wojny Światowej. Dla przypomnienia – był to konflikt wywołany przez sojusz niemiecko – sowiecki, w którym dwóch dyktatorów dokonało rozbioru naszego kraju, popełniając przy tym bezmiar koszmarnych zbrodni.
Polska w czasie II Wojny Światowej poniosła największe straty biologiczne (na każdy tysiąc mieszkańców straciła 220 osób) … i są to ostrożne szacunki. Ogromne znaczenie ma też jakościowa struktura tych strat. Przy absolutnie zgodnej współpracy obu okupantów, na skutek w pełni celowej polityki, polskie elity zostały zmasakrowane. Konsekwentnie mordowano Polaków najlepiej wykształconych, twórców kultury, przedstawicieli strategicznie ważnych dla państwa zawodów, działaczy społecznych i przede wszystkim patriotów. Skutki tamtej masakry widać w Polsce do dzisiaj.
Polskie straty materialne w wyniku II Wojny Światowej. (straty rzeczowe w przeliczeniu na jednego mieszkańca, które wyniosły 626 dolarów w porównaniu z 601 dolarami w Jugosławii). Według materiałów przedstawionych na Międzynarodowej Konferencji Reparacyjnej w Paryżu w roku 1946, straty rzeczowe w Polsce wyniosły odpowiednio 16,9 mld dolarów, w Jugosławii — 9,1 mld dolarów. 2/5 dóbr kulturalnych Polski zostało całkowicie zniszczonych. Polska straciła na rzecz ZSRR 48% swojego terytorium (około 178 000 km²). Na utracony terenach znajdowały się miasta tak ważne dla naszej historii i kultury jak Wilno, Grodno, Lwów czy Stanisławów.
Powojenne szacunki utraconych przez Polskę dzieł sztuki i wywiezionych przez okupanta niemieckiego (obejmujące tylko zbiory udokumentowane), wskazują na ubytek ok. 2,8 tys. obrazów znanych europejskich szkół malarskich, 11 tys. obrazów autorstwa malarzy polskich, 1,4 tys. wartościowych rzeźb, 15 mln książek z różnych okresów, 75 tys. rękopisów, 22 tys. starodruków, 25 tys. map zabytkowych, 300 tys. grafik, 50 tys. rękopisów muzealnych, 26 tys. bibliotek szkolnych, 4,5 tys. bibliotek oświatowych i 1 tys. bibliotek naukowych (łączne straty bibliotek wyniosły ok. 22 000 000 woluminów), oraz wiele innych nieudokumentowanych eksponatów i przedmiotów wartościowych (m. in. 5 tys. dzwonów kościelnych). Na skutek celowych niemieckich działań nieodwracalnie straciliśmy część naszej historii.
Ogółem, okupant niemiecki dokonał w okupowanej Polsce rabunku ok. 516 000 pojedynczych dzieł sztuki, o wartości szacunkowej 11,14 miliardów dolarów (według kursu z 2001). Dziesiątki tysięcy tych zabytków do tej pory nie zostały zwrócone.
Wielką stratą dla naszej kultury jest celowe zniszczenie przez Niemców setek zabytków architektonicznych. Chodzi tutaj przede wszystkim o Warszawę, ale też o Poznań – mało kto dzisiaj pamięta jak mocno zniszczona była w 1945 roku stolica Wielkopolski. Co dostaliśmy w zamian dzięki przesunięciu naszych zachodnich granic? Ruiny Gdańska, Wrocławia, Opola, Głogowa … Wszystko musieliśmy odbudować sami, w powojennej biedzie, dławieni przez absurdy narzuconego nam siłą ustroju.
Niemcy nigdy nam za to wszystko nie zapłacili, bo to, co otrzymaliśmy od nich przy różnych okazjach, to ochłapy w gruncie rzeczy uwłaczające ofiarom ich zbrodni. Wielu strat nigdy nam nie zrekompensują, bo nigdy na przykład nie wrócą zmasakrowanej przez nich inteligencji, nie oddadzą naszej najlepszej młodzieży ani nie zwrócą spalonych bibliotek i archiwów. Czy to znaczy, że podnoszenie sprawy odszkodowań za II Wojnę Światową jest bez sensu? Wręcz przeciwnie. Po pierwsze jest to absolutna konieczność wobec forsowanej od lat przez spółkę niemiecko – izraelską zmiany oficjalnej narracji o II Wojnie Światowej . Rozmywaniu niemieckiej odpowiedzialności przez prostą zamianę Niemców na „Nazistów” towarzyszy przesuwanie części tej winy na Polaków (jako „współsprawców Zagłady”). Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jak groźny jest ten proceder dla naszego międzynarodowego wizerunku? Co gorsza ten historyczny rewizjonizm stał się dla niektórych środowisk żydowskich pretekstem dla gigantycznych żądań materialnych wobec Polski. Dlatego bezwzględnie potrzebujemy skutecznej polityki historycznej, która będzie przypominała prawdziwy przebieg tamtej wojny i nasze straty spowodowane przez spółkę niemiecko – sowiecką. Sprawa należnego nam od Niemców rzetelnego odszkodowania za ich zbrodnie może być doskonałym narzędziem takiej polityki. Czy prowadząc konsekwentnie i skutecznie taką politykę musimy obawiać się niemieckiego odwetu? A niby jakiego? Obrażą się i zabiorą z Polski wszystkie swoje inwestycje? Na pewno nie, bo nie są to przedsięwzięcia charytatywne, ale gospodarcze, które prowadzą tutaj nie dlatego, że „bardzo chcą być dla nas mili”, ale dlatego, że im się to bardzo mocno opłaca. Niemiecką polityką wobec Europy Środkowej kieruje bezwzględna realizacja własnych interesów zgodnie z różnymi wariantami koncepcji „Mittleeuropa” Schwarzemberga i Neumanna. Jest to idea zjednoczenia tej części Europy jako de facto niemieckiej kolonii politycznej i gospodarczej – na tyle rozwiniętej aby być rynkiem zbytu dla niemieckich produktów i kooperantem dla niemieckich koncernów, ale już nie na tyle, aby stanowić realną konkurencję dla niemieckiej gospodarki. To jest zasada niezmienna, niezależna od tego, jaka ekipa rządzi w Berlinie. Podporządkowali jej WSZYSTKIE działania wobec naszego regionu – łącznie z rozszerzenie Unii Europejskiej o Polskę i pozostałe państwa Europy Środowej. Dlatego Niemcy nie wykonają żadnego szalonego ruchu, przez który całkowicie utraciliby swoje wpływy w Polsce, co przekreśliłoby całą strategię „Mitteleuropy”. Nasi zachodni sąsiedzi są w polityce międzynarodowej bezwzględnymi graczami … i to nigdy się nie zmieni, bo takie są po prostu odwieczne reguły tej gry, a Niemcy – co by o nich nie mówić – na pewno pojmują te reguły i potrafią stosować je z absolutnie żelazną konsekwencją. Jeżeli ktoś widzi w tym coś innego to ewidentnie nie wyrósł z etapu fascynacji bajkami. Albo dostosujemy się do reguł tej gry …. albo przepadniemy. Dlatego nie powinniśmy obawiać się podnoszenia sprawy odszkodowań od Niemców za II Wojnę Światową. Nam nie wolno się tego bać, bo … po prostu nie mamy innego wyjścia. To nie jest żaden „cynizm” czy „antyniemieckość”. To jest konieczność, przed którą postawiła nas polityka państwa niemieckiego.

Kolonizatorzy, wyzyskiwacze i mordercy …..

Chłopi Rzeczypospolitej w XVIII wieku. 
Mal Jan Matejko.

Kolonizatorzy, wyzyskiwacze i mordercy …..
(tekst z października 2019)

W ubiegłym tygodniu przetoczyła się przez media i sieć gorąca dyskusja wokół przyznania Oldze Tokarczuk literackiej Nagrody Nobla. Prawa strona przypomniała jej wypowiedź na temat polskiej historii, popełnioną w 2015 dla TVP Info: „Myślę, że trzeba będzie stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”. Do tej pory był to tylko głupi tekst celebrytki. Teraz jest to niestety wypowiedź noblistki, która pójdzie w świat … i nic dobrego z tego nie wyniknie.
Czy Tokarczuk miała rację tak nas opisując? Zacznijmy od „właścicieli niewolników”. Doprawdy nie wiem, czy szanowna pisarka w ogóle zdawała sobie sprawę co i o kim mówi w tej kwestii. Po masakrach ubiegłego stulecia jesteśmy społeczeństwem o przede wszystkim chłopskich korzeniach. Jeżeli Tokarczuk sugerowała, że – w domyśle – nasi przodkowie byli „właścicielami niewolników” to … komu próbuje przykleić taką etykietkę? Potomkom chłopów pańszczyźnianych …. robotników folwarcznych, robotników przemysłowych … a może szlacheckiej jednozagonowej „gołoty”? W Polsce poza samym początkiem naszej państwowości nigdy nie było niewolnictwa. Po pierwsze zakazywał go Kościół. Po drugie razem z rozwojem feudalizmu stało się po prostu nieopłacalne. Nie wolno też mylić z niewolnictwem pańszczyzny, która była formą czynnej zapłaty za prawo użytkowania ziemi. Dopiero u schyłku I Rzeczypospolitej doszło na niektórych obszarach do nadużywania prawa pańszczyzny i ograniczania swobody chłopów … ale to i tak nie uprawnia do przyklejania Polakom generalizującej łatki „właścicieli niewolników”.
Pani Tokarczuk ewidentnie umknęły w tym „niewolniczym” wątku dwa istotne aspekty naszej historii. Po pierwsze – do największych nadużyć w kwestii traktowania chłopów, które w zasadzie można by nazwać niewolnictwem, doszło w XVII wieku na „ziemiach ukrainnych” Małopolski Wschodniej. Tyle tylko, że tam głównym czynnikiem sprawczym byli żydowscy arendarze, rzeczywiście brutalnie uciskający ruskich (nie mylić z rosyjskimi) chłopów. Był w tym polski udział, bo niestety część tamtejszej szlachty była ślepa na metody żydowskich dzierżawców … „byle był zysk”. Czy to jednak daje prawo do nazywania nas potomkami „właścicieli niewolników”? Zdecydowanie nie sądzę. Po drugie - historia niewolnictwa w Europie Środkowej i Wschodniej ma jeden … równie niepoprawny politycznie … „haczyk”. Otóż głównymi sprawcami i realnymi potentatami tego „biznesu” byli bizantyjscy i chazarscy Żydzi. To oni praktycznie zmonopolizowali przepływ niewolników między słowiańską częścią Europy (źródłem) i krajami arabskimi (rynkiem zbytu). Pozostali w tej branży również po nastaniu Imperium Osmańskiego aż do XVIII wieku. W powyższym kontekście przyklejanie Polakom łatki „właścicieli niewolników” brzmi jak wyjątkowo perfidny żart.
Jeżeli Olga Tokarczuk uważa, że można mówić o Polakach ogólnie „mordercy Żydów” to doprawdy nie wiem, jakie wypada w tym kontekście nazywać Niemców. Polska w ogóle nie była zaangażowana w Holocaust tak jak Niemcy czy np. Francja – której służby czynnie uczestniczyły w eksterminacji Żydów. Agendy państwa polskiego przez całą wojnę robiły co możliwe, żeby ratować skazanych niemiecką polityką na śmierć …. bez jakiejkolwiek pomocy ze strony Aliantów. Polskie ostrzeżenia o masowym mordowaniu Żydów zachodnie rządy traktowały jako … polskie wymysły i propagandę. Również w czysto ludzkim wymiarze Polacy nie przyłączyli się do mordowania Żydów. Nie było u nas masowych pogromów w których czynnikiem sprawczym byłaby miejscowa ludność, tak jak np. na Litwie czy choćby na Ukrainie. Wszystko, co się u nas zdarzyło było nikłym echem tego, co wyprawiało się w sąsiednich krajach. Tysiące Polaków zginęło ratując Żydów. Tysiące nigdy nie doczekały się jakiegokolwiek uznania za swoją bohaterską postawę. Dzisiaj kto tylko może oskarża nas o „współudział w Holocauście” i zrzuca tutaj własne winy. Niestety wypowiedź p. Tokarczuk doskonale wpisuje się w tą nagonkę.
Czy byliśmy „kolonizatorami”? Polska nigdy nie miała jako państwo żadnych kolonii i doprawdy nie wiem, jakim cudem Olga Tokarczuk może o tym nie wiedzieć. Czy „uciskaliśmy mniejszości”? Przez długie wieki kto chciał mógł żyć w Polsce wedle własnej kultury bez żadnych ograniczeń i presji ze strony państwa. Dorobiliśmy się największej na świecie diaspory żydowskiej. Osiedliły się u nas nieprzeliczone rzesze Niemców, wielu Ormian, Włochów, Francuzów, Szkotów, Tatarów itd. itp. Byłoby to możliwe, gdybyśmy „uciskali mniejszości”? Na pewno nie. Wspomniałem wcześniej o problemach na styku polsko – ruskim (nie mylić z rosyjskim) ale miały one inną naturę niż „uciskanie mniejszości” i co najwyżej częściowo idą na nasze konto. W II Rzeczypospolitej też nam z Rusinami nie wyszło. Czy to jednak usprawiedliwia generalizowanie że „tłumiliśmy mniejszości”? Ogólny bilans naszych dziejów pokazuje coś dokładnie odwrotnego.
Olga Tokarczuk popełniła kilka niemądrych wypowiedzi dobitnie pokazujących, że ma raczej marne pojęcie o naszej historii. Niestety, teraz jej poglądy zyskały noblowską sankcję i pójdą w świat … z wielkimi szkodami dla prawdy o naszej historii.
--------------------------
Działalność pani Tokarczuk po otrzymaniu Nobla niestety całkowicie potwierdziła powyższe obawy ...

niedziela, 6 lutego 2022

Marks o Żydach

Marks o Żydach

Karol Marks to jeden z patronów współczesnej lewicy. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z jego realnych poglądów na różne sprawy. Poniżej kilka fragmentów z artykułu" Zur Judenfrage" (W kwestii żydowskiej) opublikowanego przez Marksa w „Deutsch-Franzôsische Jahrbücher” (Paryż 1844|).
"Nie szukajmy tajemnicy Żyda w jego religii, lecz szukajmy tajemnicy religii w rzeczywistym Żydzie. Jaka jest świecka podstawa żydostwa? Praktyczna potrzeba, własna korzyść. 
Jaki jest świecki kult Żyda? Handel. Jaki jest jego świecki bóg? Pieniądz. Otóż właśnie! Emancypacja od handlu i od pieniądza, a zatem od praktycznego, rzeczywistego żydostwa byłaby autoemancypacją naszych czasów.
Taka organizacja społeczeństwa, która by usunęła przesłanki handlu, a więc i samą możliwość handlu, uniemożliwiłaby istnienie Żyda. Jego świadomość religijna rozwiałaby się jak mdłe opary w atmosferze prawdziwego życia społecznego.
(...) Przez żydostwo rozumiemy więc pewien powszechny współczesny element antyspołeczny, który osiągnął swą obecną skrajną postać przez rozwój historyczny, do którego Żydzi, w tym sensie ujemnym, gorliwie się przyczynili; w tej obecnej zaś skrajnej postaci element ten musi nieuchronnie ulec likwidacji". 
To nie jest fragment "Mein Kampf" Adolfa Hitlera. To Karol Marks. Jakim cudem tak wściekły antysemita jest wciąż lansowany przez współczesną lewicę?

poniedziałek, 22 czerwca 2020

niedziela, 21 czerwca 2020

Cudze winy i wojny ....

Rozstrzelanie Polaków na Starym Rynku w Bydgoszczy (wrzesień 1939)
Jedna z niezliczonych chwil tamtego czasu ...

Cudze winy i wojny .....

Policjant mający problemy z agresją, przeszkolony przez instruktora bez wyobraźni, za mocno przydusił naćpanego bandziora i na skutek tej śmierci … Zachód oszalał. W USA zapłonęły miasta, oszalały z nienawiści tłum plądrował sklepy i składy (co ciekawe nigdy banki) i niszczył pomniki „rasistów” (np. waszyngtoński pomnik Kościuszki!). Do tego pokazówki publicznego poniżania białych Amerykanów ekspiacją za nieswoje winy, zmuszaniem do klękania, całowania butów itp. Szaleństwo już rozlało się na zachodnią Europę … i niestety dotarło też do Polski. W ostatnich tygodniach w Poznaniu, Gdańsku, Warszawie i Krakowie aktywiści i politycy lewicy zorganizowali kilka młodzieżowych „protestów przeciwko rasizmowi”, wprost nawiązujących do śmierci Georga Floyda i ruchu „Black live matter” („Czarne życie ważne”). Pozwolę sobie uznać te „iwenty” nie tylko za absurdalne, ale też wybitnie szkodliwe dla międzynarodowego wizerunku Polski i dla naszych geopolitycznych interesów. Na początek zwróćcie proszę uwagę, że te wszystkie marsze niosły w zdecydowanej większości hasła spisane po angielsku, a to o czymś świadczy – ustawiono je ewidentnie na zagraniczny odbiór i na ocenę prościutką jak przysłowiowa konstrukcja cepa - „protestują, więc jest problem”. Absurdalne? Oczywiście - przede wszystkim dlatego, że Polacy nigdy nie handlowali afrykańskimi niewolnikami i nigdy ich nie wykorzystywali do niewolniczej pracy. Nie mieliśmy i nie mamy żadnego wpływu na sytuację Murzynów w USA ani w żadnym z krajów Europy Zachodniej. Nie mamy w związku z tym żadnych historycznych przewin ani tym bardziej żadnych społecznych czy politycznych długów. Czy mamy w Polsce jakiś szczególny rasizm wobec Murzynów i w ogóle jakichś mniejszości? Jak wszędzie także i u nas zdarzają się rasistowskie zachowania, ale nawet w przybliżeniu nie mamy z tym takiego problemu, jak praktycznie wszystkie kraje „starej Unii”. Niestety, organizowanie tych „protestów przeciwko rasizmowi” sugeruje coś dokładnie odwrotnego. Nie dość, że wkręcamy naszą młodzież w zupełnie obcą nam awanturę, to jeszcze sami siebie wyjątkowo głupio oczerniamy i oduczamy młodych szacunku dla ich własnej historii. Zastanówcie się proszę, czy my na pewno powinniśmy jakoś extra spektakularnie emocjonować się „niewolą Murzynów w USA” …. jeżeli udziałem naszych przodków były znacznie gorsze historie? Tak … dobrze przeczytaliście … ZNACZNIE GORSZE. Zacznijmy najpierw od przyjrzenia się, jak naprawdę wyglądało niewolnictwo Murzynów w USA. Nasze współczesne wyobrażenia na ten temat to zbitka obrazów z XIX wiecznych powieści i XX wiecznych filmów, mająca raczej niewiele wspólnego z realną historią. Jeżeli dwieście lat temu właściciel plantacji gdzieś na południu USA kupował niewolników, to była to dla niego droga inwestycja. Aby się zwróciła niewolnicy musieli efektywnie pracować, a to z kolei wymagało co najmniej przyzwoitego wyżywienia, zakwaterowania i traktowania (żeby się ciągle nie buntowali). Owszem, bywali też właściciele źle traktujący niewolników. Zdarzało się okrucieństwo a nawet zbrodnie. Jednak nawet na żyjącym z niewolnictwa Południu takie traktowanie Murzynów jeszcze przed Wojną Secesyjną było w zasadzie powszechnie potępiane. Jako ciekawostkę można dodać, że w niektórych stanach nawet jedna czwarta niewolników była własnością murzyńskich wyzwoleńców (!). W tym samym czasie na północy USA przeciętny fabrykant w ogóle nie musiał troszczyć się o swoich robotników. Dzisiaj chyba w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, że byli oni realnie znacznie tańsi od niewolników (których wysokie koszty były jedną z przyczyn gospodarczego upośledzenia Południa). Jeżeli jakiś robotnik zmarł z przemęczenia i niedożywienia, albo zabiła go choroba którą złapał w brudnej norze zwanej mieszkaniem …. to na jego miejsce natychmiast zgłaszało się kilku innych. Tą zdumiewającą różnicę doskonale widzieli i wielokrotnie opisywali publicyści tamtego czasu.
Okrucieństwo niewolnictwa nie polegało na tym, że „bat świszczał”, bo to raczej późniejsze bajki niż reguła. Perfidia i podłość „tej instytucji” polegała przede wszystkim na odczłowieczeniu niewolnika przez sprowadzenie go do przedmiotu i narzędzia oraz pozbawienie go wolnej woli, prawa do własności a nawet prawa do nienaruszalności rodziny – które to prawa uważamy wszak za fundament naszej cywilizacji. Dlatego nikt nigdy nie powinien doświadczać okropności niewolnictwa.
Jeżeli dzisiaj niektórzy okazali się na tyle bezrozumni, żeby plątać polską młodzież w nie nasze winy i wojny, to powinniśmy im jednak przypomnieć, że Murzyni w USA mimo wszystko nie doświadczyli tego, co stało się udziałem wielu pokoleń Polaków. Nie ginęli w dziesiątkach tysięcy w Powstaniach o wolność. Nie mordowano ich setkami tysięcy w niemieckich lagrach i sowieckich łagrach. Nie umierali masowo z głodu i zimna na „Nieludzkiej Ziemi”. Nie doświadczyli rzezi Pragi czy masakry Woli. Nie ginęli tysiącami w bezimiennych dołach Piaśnicy czy Katynia. Czy ktoś poza nami w ogóle pamiętam i przejmuje się tym, co przeżyli nasi przodkowie? Nikt się nami nie przejmował, nie przejmuje i przejmować nie będzie … o ile nie ugra na tym „przejmowaniu” czegoś konkretnego. Wierzącym w „sprawiedliwość i dobro” rządzące „globalną wioską” polecam to, co Bolesław Prus zapisał swego czasu w „Kronikach Tygodniowych” - „Gdyby nas nawet setkami tysięcy topiono, wbijano na pale, obdzierano ze skóry, pieczono na wolnym ogniu – w całej sympatycznej Europie nikt palcem nie ruszy, nikt nie otrząśnie popiołu z cygara”. Okropne? Oczywiście, ale przede wszystkim prawdziwe. Taki już jest ten świat i przekonanie, że jest inaczej to tylko dziecięca naiwność.
To, co się dzisiaj dzieje z zachodnią cywilizacją przetrwają tylko ci, którzy potrafią rozumnie pilnować własnych spraw. Jest nas trzydzieści kilka milionów, mamy swoje państwo i elementarny rozsądek nakazuje troszczyć się dzisiaj o to, aby było ono dobrym domem dla swoich obywateli (bez względu na ich pochodzenie), godnym marzeń naszych przodków. Cudze historie i cudze wojny, na które i tak nie mamy żadnego realnego wpływu, zostawmy tym, którzy je wywołują i tym, których one w ogóle dotyczą.

Kto wymyślił Unię Europejską?

Żołnierz- rycina z książki M.Chabielskiego.

Kto wymyślił Unię Europejską?

Obecnie oficjalna narracja unijnej propagandy wskazuje jak „ojca europejskiej integracji” włoskiego komunistę Altero Spinellego (1807-1986). W 1941 roku napisał on „Manifest z Ventotene”, który postulował zjednoczenie Europy w formie „superpaństwa” przez likwidację państw narodowych na drodze "europejskiej rewolucji socjalistycznej". Współcześnie manifest jest głównym dokumentem programowym eurofederalistów. Czy Altero Spinelli rzeczywiście zasługuje na tytuł autora idei tworzenia instytucji europejskich? Na pewno nie.
Pierwszą realna próba „zjednoczenia Europy” to w zasadzie …. Cesarstwo Rzymskie i jego niemiecka mutacja (Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego).Były to jednak typowe, ukształtowane przez podbój imperia, czyli raczej nie pasują do naszych rozważań. Wyjątkiem od tej reguły może być tylko idea cesarza Ottona III (980-1002), który wymyślił europejską, chrześcijańską jako federację złożoną z czterech części - „Germanii, Italii, Galii i Sclavinii”. Tą ostatnią miała być Słowiańszczyzna (czyli de facto Polska) rządzona przez Bolesława Chrobrego. Cesarz zmarł młodo i idea „zjednoczonej Europy” musiała poczekać kilka wieków w „dziejowej zamrażarce”. Kolejny raz pojawiła się w XVI wieku wśród renesansowych humanistów. Oczywiście … byli wśród nich również Polacy. Mikołaj Chabielski herbu Wieniawa (zmarł po 1615) był zawodowym żołnierzem, artylerzystą i pisarzem politycznym. Po powrocie z długoletniej, tureckiej niewoli około 1613 roku napisał niewielką rozprawę „Pobudka narodom chrześcijańskim”. Wydrukowano ją w 1615 roku w krakowskiej drukarni Mikołaja Loba. „Pobudka” była manifestem do króla Zygmunta III Wazy o obronie granic Rzeczypospolitej przed Tatarami, o przygotowaniach i sposobach prowadzenia działań wojennych z Turcją. Chabielski oprócz opisu sposobów walki i organizacji armii osmańskiej, opisał też w ciekawy sposób Turcję, jej miasta oraz zwyczaje panujące w imperium. Jednym ze sposób na skuteczną walkę z Imperium Osmańskim miało być gruntowne przeorganizowanie chrześcijańskiej Europy. Chabielski postulował przede wszystkim stworzenie z państw europejskich wojennej koalicji. Po pokonaniu Turcji sugerował podział Europy na dwanaście chrześcijańskich królestw i utworzenie cesarstwa ze stolicą w Konstantynopolu. Cesarz byłby wybierany wśród władców owych królestw, przy nim miała działać rada złożona z przedstawicieli poszczególnych państw. W kompetencja takiego „europejskiego rządu” leżałoby przede wszystkim prowadzenie wspólnej polityki zagranicznej, obronnej oraz rozjemstwo w sprawach spornych między poszczególnymi królestwami. Mikołaj Chabielski przygotował też wersję Pobudki w łacinie, będącej wówczas językiem międzynarodowym . W 1675 w dobie wojen z Turcją wydano pismo Chabielskiego po raz drugi. Pomysły zawarte w manifeście polskiego szlachcica z oczywistych względów nie miały szansy na skuteczną realizację. Idea ta jednak nie zniknęła z polskiej myśli politycznej. W następnym stuleciu pisał o niej min. Stanisław Leszczyński. W 1804 roku książę Adam Czartoryski, będący ministrem spraw zagranicznych rosyjskiego cara Aleksandra I, wystąpił do rządów europejskich z projektem powołania „Ligii Narodów”. Idea ta upadła jednak wobec sprzeciwu Anglii. 
W 1867 roku Stefan Buszczyński (1821-1892, polski publicysta, pisarz polityczny, powstaniec) opracował bardzo dokładny projekt zjednoczenia Europy w federację (cenopolię) autonomicznych państw narodowych (etnopolii) Kolejny raz pomysł jednoczenia Europy przez ponadpaństwowe struktury podniósł w 1930 roku francuski socjalistyczny polityk, wielokrotny premier i minister Aristide Briand (1862 – 1932). Ogłosił on projekt utworzenia europejskiego stowarzyszenia państw (poza Rosją i Turcją) o charakterze federacyjnym. Jak szybko się okazało nie miał on szans wobec stanowczego sprzeciwu największych graczy europejskiej polityki. Fiasko „Europy wg Brianda” spowodował pomysł „racjonalizacji produkcji przemysłowej”. Idea ta zakładała „specjalizację” poszczególnych państw, które miałyby produkować tylko to, do czego „najbardziej są powołane”. Był to pomysł typowo socjalistyczny i jak łatwo można było się spodziewać elity krajów, których ustrój gospodarczy określały reguły wolności i kapitalizmu, odniosły się do niego w najlepszym razie chłodno, a najczęściej po prostu wrogo. Anglia ze swoim globalnym handlem nie chciała wiązać się ze strukturą, którą raczej nie mogłaby rządzić. Poza tym niezmienną zasadą angielskiej polityki zagranicznej było pielęgnowanie i rozgrywanie europejskich podziałów i żadna „Unia Europejska” nie mieściła się w regułach tej gry. Co do Niemców … przytoczę w całości fragment artykułu Kazimierza Smogorzewskiego („Polska poprze projekt Unii Europejskiej”, Ilustrowany Kurier Codzienny”, 30 maja 1930 r.) - „Niemcy chętnieby się na unję zgodziły, byleby im z góry zapłacono rewizją granic wschodnich, byle Francja zrezygnowała z sojuszów w Europie środkowej, byleby zgodziła się na Anschluss (Austrii). Niemcy odpowiednio „zaokrąglone”, ekonomiczne uzbrojone, zgodziłyby się nawet na pewien podział wpływów z Francją w łonie Unji Europejskiej: bez nowej wojny, bez militarnego zwycięstwa, poprawiłyby tym sposobem klęskę z 1918 i odbudowałyby w łonie Unji …. „Mitteleuropę” (projekt podporządkowania Niemcom Europy Środkowej). Ten krótki tekst z odpowiednim komentarzem powinien wejść do szkolnego nauczania historii. Polecam go również wszystkim wyznawcom Spinellego,
Mussolini odpowiedział na projekt Brianda „mową florencką”: „Słowa to piękna rzecz, ale armaty jeszcze piękniejsza”. W Moskwie pomysł Unii Europejskiej uznano za „maszynę do zwalczania Sowietów”. Waszyngton odniósł się do tego pomysłu sceptycznie, a w genewskiej siedzibie ówczesnej Ligii Narodów uznano Unię Europejską za niepotrzebnego dublera. Polska dyplomacja generalnie poparła francuski projekt, aczkolwiek uczyniliśmy to warunkowo. Na wypadek gdyby rozpoczęła się praktyczna realizacja „Europy Brianda” zawarowaliśmy sobie prawo do wniesienia szeregu zastrzeżeń i dokładnego zbadania bilansu zysków i strat w przypadku konkretnych rozwiązań.
Podsumowując … Altero Spinelli na pewno nie jest autorem projektu „europejskiego zjednoczenia”, który w różnych odsłonach pojawiał się już setki lat wcześniej. „Zasługą” Spinellego jest co najwyżej wynaturzenie tej idei przez utopijny i niebezpieczny pomysł likwidacji państw narodowych.

Niemcy czy naziści?


Niemcy czy "naziści"?

Przy każdej kolejnej rocznicy związanej z II wojną światową wraca niekończąca się dyskusja, jak nazwać udział naszych zachodnich sąsiadów w tamtej tragedii – niemiecki czy hitlerowski (ew. nazistowski lub faszystowski)?
W czasach PRL-u sojusznikiem Polski w ramach Układu Warszawskiego była Niemiecka Republika Demokratyczna. Coroczne wspominanie niemieckiej agresji i związanych z nią zbrodni byłoby w tym kontekście cokolwiek niezręczne. Aby jakoś pogodzić doraźną politykę z pamięcią historyczną oficjalna propaganda dokonała więc podziału na „dobrych Niemców z NRD” i „złych Niemców z NRF”. Od tej pory wspominaliśmy „wojnę z faszyzmem” i takież (ew. „hitlerowskie”) zbrodnie popełnione na polskim narodzie w czasie II Wojny Światowej. Słowo „hitlerowskie” możemy znaleźć np. w Warszawie na licznych pomnikach poświęconych zbrodniom popełnionym Niemców w czasie okupacji (1939-45). Od czasu erygowania tych pomników minęło kilka dekad. Niestety dalej mamy w tym kontekście problem z doborem właściwych określeń. Tak jak za "komuny" wynika to z poprawności politycznej wymuszanej presję niemieckie polityki historycznej. Część "naszych" elit niestety ulega i wprost praktykuje manierę zakłamywania historii przez rugowanie określenia "niemiecki" z kontekstów II Wojny Światowej". Czy da się to jakoś racjonalnie usprawiedliwić?
We wrześniu 1939 roku nie napadły nas bojówki NSDAP (niemieckiej partii nazistowskiej) ani jakieś prywatne wojsko Adolfa Hitlera. Staliśmy się celem agresji niemieckich sił zbrojnych, realizujących oficjalną politykę III Rzeszy ... czyli ówczesnego państwa NIEMIECKIEGO. Oczywiście daleko nie wszyscy Niemcy byli nazistami, ale zdecydowana większość nazistów była jednak narodowości niemieckiej i mocno podkreślała swoje związki z własnym narodem i jego dziedzictwem. Jedna z teorii uzasadniających stosowanie nazewnictwa „faszystowsko/hitlerowskiego” głosi, że reżim nazistowski był "narzucony Niemcom" i że "nie można całego narodu obciążać winą za jego zbrodnie". Oczywiście prawdą jest, że Hitler przejął władzę CZĘŚCIOWO dzięki politycznym manipulacjom, naginaniu lub łamaniu prawa, a także terrorowi wobec opozycji. Faktem jednak jest, że większość Niemców poszła za nim dobrowolnie, a czasem wręcz z entuzjazmem i pozostała wierna dopóki wszystko nie zaczęło się gwałtownie rozpadać. To właśnie zwykli Niemcy bez większych zastrzeżeń przyjęli represje wobec Żydów, podbój Europy i bezkarne korzystanie z jego owoców. Wbrew lansowanym obecnie mitom w Niemczech rządzonych przez Hitlera nie istniał ruch oporu. „Krąg z Krzyżowej” czy monachijska „Biała Róża” były kroplami w morzu niezbyt wymuszonego entuzjazmu i  wierności 
niemal "po grób". Ponad czterdzieści nieudanych zamachów na Hitlera to albo desperackie czyny samotników, albo w gruncie rzeczy porachunki wewnątrz jednej bandy (np. tyleż sławny co nieudolny zamach Stauffenberga). Wprost narzucającą się tutaj analogią jest postawa Rosjan wobec dyktatury Bolszewików (daleko wszak brutalniejszej wobec własnego narodu niż reżim Hitlera). Lenin i jego poplecznicy musieli zmagać się przez prawie trzy lata z obłędnie krwawą wojną domową, w trakcie której stanęli nad krawędzią zagłady. Niemcy nigdy nie zdobyli się wobec nazistów na opór, który można by porównać z walką rosyjskich „białych armii”.
Zakłamywanie tych faktów, niezależnie od stojącej za tym motywacji, jest po prostu głupie i wybitnie szkodzi polskim interesom. Współcześni Niemcy ze względów wizerunkowych chcą zrzucić z siebie piętno zbrodni, które ich przodkowie popełnili w czasie II Wojny Światowej.  Dlatego niemiecka polityka historyczna od wielu lat konsekwentnie rozmiękcza obraz Niemców jako "narodu sprawców", relatywizuje ich rzeczywisty stosunek wobec nazizmu i udział w jego zbrodniach oraz stara się "podzielić winą" z innymi nacjami. Właśnie stąd biorą się min. oskarżenia wobec Polski o "współudział w Holocauście". Nie muszę chyba tłumaczyć, jak niebezpieczne może być dla nas bierne uleganie tej narracji? 
Uwzględniając powyższe - musimy pokazywać historię taką, jaka była, bo tego bezwzględnie wymaga od nas polska RACJA STANU. Dlatego trzeba bezwzględnie tępić manierę ulegania niemieckiej polityce historycznej w polskiej przestrzeni publicznej. Niemcy niech w końcu zapłacą Polakom uczciwe reparacje za II Wojnę Światową ... i to chyba byłby najlepszy sposób na realne pożegnanie się z piętnem "narodu sprawców" ... bez kłamstw  i manipulacji niegodnych społeczeństwa, które chce uchodzić za cywilizowane.