Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Róża Luksemburg? Ani Polka, ani wielka ...

Róża Luksemburg
 

Róża Luksemburg? Ani Polka, ani wielka ...
(tekst ze stycznia 2021)

Róża Luksemburg (Rozalia Luxenburg, 1870 – 1919) jest obecnie jedną z wielkich „ikon” zachodniej lewicy – jako „marksistka, filozofka, ekonomistka” itp. W związku z kolejną rocznicą jej urodzin (5 marca) przez polski internet przetoczyła się fala artykułów przedstawiających Luksemburg jako „wielką Polkę”, „drugą obok Marii Skłodowskiej” oraz „najbardziej rozpoznawalną”. Generalnie autorzy tych tekstów kreowali Luksemburg wręcz na największą Polkę w historii (!). To jak jest przedstawiana na Zachodzie dowodzi tylko tego, że wielu tamtejszych publicystów już nie potrafi obiektywnie pisać o historii. Na to nie mamy realnego wpływu. Jeżeli jednak w Polsce aktywowana jest narracja rodem z najgorszego PRLu o „największej Polce” to trzeba reagować, bo mówiąc kolokwialnie … ktoś tutaj chyba oszalał i to naprawdę ciężko.
Po pierwsze Rozalia Luxenburg NIE BYŁA Polką. Owszem, urodziła się w polskim Zamościu (wówczas rosyjski zabór) w rodzinie żydowskiego kupca. Skończyła polską szkołę, znane z patriotycznego i katolickiego wychowywania uczennic II Warszawskie Żeńskie Gimnazjum. Niestety nie wywarło to na nią żadnego wpływu. Jeszcze jako uczennica związała się ze środowiskiem tzw. I Proletariatu. Była to grupa marksistów i anarchistów powiązanych z rosyjską „rewolucyjną” Narodną Wolą. Jako INTERNACJONALIŚCI jawnie odrzucali polskie dążenia narodowe, które uznawali za sprzeczne ze „światową rewolucją”.
Na studiach w Zurychu (filozofia, ekonomia i prawo) Luksemburg poznała rosyjskich i niemieckich komunistów – Gieorgija Plechanowa, piewczynię „seksualnej rewolucji” Aleksandrę Kołłontaj, Pawła Akselroda oraz Leona Jogichesa. Po wstąpieniu do Polskiej Partii Socjalistycznej razem z Jogichesem szybko doprowadziła do konfliktu z grupą Józefa Piłsudskiego i otworzenia rozłamowej Socjaldemokracji Królestwa Polskiego. Od 1898 Luksemburg przebywała w Niemczech, przyjęła niemieckie obywatelstwo i wyszła za niemieckiego anarchistę Gustawa Lubecka. Była też jednym z przywódców Socjalistycznej Partii Niemiec (SPD) oraz II Międzynarodówki. W 1905 roku na fałszywym paszporcie wróciła do Królestwa Polskiego i włączyła się w ruch zbrojnej akcji przeciwko rosyjskim władzom. Próba wywołania w zaborze rosyjskim rewolucyjnej ruchawki mogła mieć tragiczne konsekwencje dla sprawy polskiej niepodległości. Na szczęście potencjał stojących za tym grup był zbyt mały aby wywołać coś więcej niż dalekie echo zaburzeń w Rosji.
Od 1907 roku Luksemburg działała już wyłącznie w Niemczech. Współtworzyła min. rewolucyjny Związek Spartakusa oraz Komunistyczną Partię Niemiec. W styczniu 1919 roku razem z niemieckimi komunistami Karlem Liebknechtem i Wilhelmem Pieckiem próbowała wywołać w Berlinie komunistyczną rebelię („Powstania Spartakusa, 15 stycznia). Schwytana w czasie próby ucieczki została zamordowana przez członków oddziałów ochotniczych (freikorps). Jakie mogły być potencjalne skutki zwycięstwa tej „niemieckiej rewolucji”? Połączenie z bolszewikami, krwawy koniec Polski i równie krwawa tragedia Europy. To byłby koszmar z niezliczonymi milionami ofiar o niewyobrażalnych wręcz skutkach. Nas po czymś takim po prostu by nie było. Tym bardziej obecne lansowanie niemieckiej komunistki Róży Luksemburg na „wielką Polkę” jest tak bezprecedensowym zakłamywaniem historii, że brak skali.
Co to niby za „Polka”, która niepodległość Polski konsekwentnie uznawała za szkodliwą utopię, a za cały „polski program” uważała kulturową autonomię rosyjskiego zaboru w ramach państwa rosyjskiego? Wyobrażacie sobie jaka to byłaby „Polska” … bez Wielkopolski, Pomorza, Śląska, bez Małopolski i bez Kresów? Tak moi drodzy, ta "największa Polka" w kwestii granic jednoznacznie popierała interesy niemieckie i rosyjskie. Co to niby za „Polka”, która całe swoje dorosłe życie konsekwentnie szkodziła polskiej sprawie, nawet wtedy kiedy Polska kosztem ogromnych ofiar odradzała się z niebytu? Poza tym czy jej dorobek intelektualny jest rzeczywiście aż tak wielki żeby zasługiwała na obecny kult? Każda próba praktycznej realizacji ideologii o którą walczyła, zawsze i wszędzie kończyła się tym samym – obłędnie krwawą tragedią i cywilizacyjną zapaścią. Luksemburg nigdy nie potrafiła wyciągać rozumnych wniosków z doświadczeń historii (np. z „Rewolucji Francuskiej”). Była klasycznym gabinetowym utopijnym „filozofem i ekonomistą”, któremu wydawało się że ideologicznie motywowane chciejstwo jest ponad rzeczywistością. Nie była nawet oryginalna w swojej 'publicystyce i pracy naukowej”. Praktycznie wszystko co mówiła i pisała było powtarzaniem po innych. Pacyfistka? Kolejny zgrzyt wobec jej aktywnego zaangażowania w próby zbrojnych przewrotów i przekonanie, że zmiana światowego porządku może dokonać się tylko na drodze „światowej rewolucji” … czyli masowej rzezi.
Podsumowując – Róża Luksemburg to ani Polka, ani jakaś wybitna intelektualistka. Ma swoje miejsce w historii, ale próby wstawiania tej niemieckiej komunistki na pomniki w Polsce to wyjątkowo żenujące wygłupy.

niedziela, 1 stycznia 2023

Rok upadających mitów ...


2022 – rok upadających mitów (cz. I)

Skończył się rok wyjątkowy. Na naszych oczach wróciło to, co wielu wydawało się trwale minioną przeszłością i zmieniło się to, co wielu uznawało za nienaruszalne. Był to rok w którym padły chyba wszystkie mity, jakimi przez długie lata próbowaliśmy opisywać naszą rzeczywistość. 
Lista  jest długa, więc bez zbędnych wstępów.

  1. Padł mit o wszechpotędze rosyjskiej armii. Groza jaką dotąd budziła „druga armia świata” traktowana była przez Zachód jako niepodważalna „stała” we wszelkich rozważaniach na temat europejskiej i światowej geopolityki. Propaganda kreowana wokół „drugiej armii” skutecznie zastraszała każdego, kto choćby pomyślał o tym, żeby postawić się Rosji. Wszystko działało dopóki Ukraińcy nie powiedzieli „sprawdzam”. Mit rosyjskiej armii padł z hukiem w konfrontacji z armią, której większość nie dawała żadnych szans w takim starciu. Wyszła tragiczna niekompetencja dowódców praktycznie na każdym szczeblu, katastrofalne zacofanie taktyczne i techniczne, beznadziejne morale i fatalna logistyka. Owszem, to wciąż jest armia wielka, wciąż mająca duże zapasy narzędzi do mordowania, wciąż z potężnym arsenałem nuklearnym. To wciąż jest i będzie zagrożenie dla wszystkich sąsiadów. Jednak rojenia rosyjskich propagandzistów o „marszu na Zachód” budzą już tylko śmiech. 

  2. Padł ostatecznie mit o Rosji jako „cywilizowanym kraju” z którym można zawierać „skuteczne kompromisy”. Sama agresja jak i bezmiar rosyjskiego okrucieństwa pokazały dobitnie, że Rosja nie zmienia się od setek lat a „wielka rosyjska kultura” to tylko pozłacana maseczka na pysku śmiertelnie chorej na wściekliznę Bestii. Kto rozumny, ten widzi z kim mamy do czynienia. Kto nie ma rozumu ten już chyba na zawsze pozostanie ślepy i głuchy.

  3. Padł mit o niemieckiej zdolności „do odpowiedzialnego przywództwa w Europie”. Od lat zalewano nas słodziutką i totalnie oderwaną od rzeczywistości propagandą o tym, jak to wspaniale Niemcy kierują europejskimi sprawami. Ot i rzeczywistość wystawiła rachunki za REALNE bezhołowie niemieckiej polityki wobec Rosji. Berlińskie rojenia o kierowanej przez Niemcy jednej przestrzeni „od Lizbony po Władywostok” doprowadziły do uzależnienia państw Unii od rosyjskich surowców energetycznych. Dało to Putinowi kapitalne narzędzie do szantażowania Europy i wprost doprowadziło do wojny na Ukrainie oraz kontynentalnego i globalnego kryzysu. O tym że tak to się skończy wiadome było od lat. Putin od dawna dawał absolutnie otwarte sygnały co do swoich zamierzeń odnowienia rosyjskiego imperium. Od dawna realizował je kolejnymi rzeziami (Czeczenia, Gruzja, Ukraina). Niemcy mieli dużo czasu żeby posłuchać polskich ostrzeżeń, przejrzeć na oczy, porzucić stare rojenia i rzeczywiście stać się ODPOWIEDZIALNYM graczem w europejskiej polityce. Zachowanie Niemców po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę pokazuje dobitnie, że nie tylko wiedzieli co się stanie, ale wprost akceptowali to i czekali na szybki finał. „Niestety” Ukraińcy postanowili bić się, Polacy postanowili pomóc a USA weszło do gry tak twardo, jak chyba mało kto się spodziewał po ekipie Bidena. Niemcy mogli od razu odpuścić …. ale zamiast tego przez długie miesiące pod różnymi pretekstami de facto sabotowali realną pomoc dla Ukrainy. Teraz pod presją różnych nacisków Berlin owszem, pomaga, ale wciąż nie jest to pomoc, która może realnie zmienić przebieg wojny na korzyść Ukrainy.
    Tak na marginesie – wszyscy „politycy” którzy przed wojną prześcigali się w hołdach wobec „niemieckiego przywództwa” powinni na trwałe zlecieć z polskiej sceny politycznej – ich głupota wprost zagraża przetrwaniu Polski.

To tylko początek listy. Będą następne odcinki. 

poniedziałek, 18 lipca 2022

Zygmunt Krasiński o polityce Rosji

Zygmunt Krasiński
Fot. K. Beyer (przed 1859 r.).

List do przyjaciela Henry‘ego Reeve’a z 1832 roku (fragmenty):
„Biada tym, co nic nie umieli przewidzieć, co pozwolili ludożercom tańczyć wokół swoich ofiar i nie pośpieszyli im z pomocą; co złożyli nadzieję w handlu, co zawierzyli ekonomii politycznej. Wszyscy oni zginą, wszyscy! (...)  
„Moskwa czyha na rozkład cywilizacji zachodniej – czeka, aż wojnami domowymi, bratobójstwem społecznym osłabnie Europa – aż świat wszystek, znękany krwi upływem niezmiernym i ubytkiem równie wielkim prawości, z mordów przerzuciwszy się w sprzedajność i zepsucie, aż sam świat, mówię, zawezwie ją do siebie, podda się jej – wtedy azjatycką stopą nastąpi na Europę i knut da do pocałowania suchotnikom europejskim, znędzniałym, wycieńczonym, leżącym na gruzach dymiących, śród kałuż czerwonych! Poniżona natura ludzka wielu przerażeniami, chora z utraty zmysłu ku cnocie, nie odmówi żadnego pocałunku. Wtedy Moskwa przekonana, że się jej nic nie oprze, pewna, że wszystkie proroctwa Piotra Wielkiego spełnione, zacznie grasować, a tak obmierźle i nie po ludzku, że obudzi ostatnią rozpacz w Europie”.

Memoriał do Guizota (francuskiego ministra spraw zagranicznych) z 1847 roku (fragment):
„Przecisnąć się do Europy, zatknąć swoje zwycięskie orły na kupach gruzów i zwalisk albo na kupach błota, nagromadzonych przez podłość jednych, przez nieudolność drugich, przez niezgodę wszystkich”

Artykuł w "Gościu"
Strona Krasińskiego na Wikipedii

"O charakterze zaborów rosyjskich" - Maurycy Mochnacki

Maurycy Mochnacki.
Ryt. S. Łukomski.

"W tym zawsze jednakowym trybie postępowania polityka carów ma trzy oddzielne epoki. W pierwszej podburzają, zakładają miny w środku sąsiedzkiego kraju, który życzą sobie opanować. Jest to czas niewidomych wpływów, przekupstw, obietnic. W drugiej występują jawnie z interwencją: nasamprzód gwarantują, potem protegują nieszczęśliwego sąsiada, zawsze na jego własne żądanie. W Szwecji poddani wzywali pośrednictwa moskiewskiego, w Polsce król na czele wielkich panów, w Turcji sam sułtan. Jest to czas mamienia zachodnich dworów. Dyplomatyka moskiewska wśród tych okoliczności rozwija swe talenty w Europie; wysławia bezinteresowność cara, wspaniałomyślność, zamiłowanie pokoju. Zaczepnym poruszeniom wojsk jego nadaje słuszne pozory; zaś Berlin i Wiedeń częścią oszukać, częścią do pewnego udziału w rozboju wciągnąć usiłuje. Gdy tym kształtem zabór bez zwycięstw, bez rozlewu krwi, bez żadnego niebezpieczeństwa, w połowie do skutku przyszedł, wtedy dopiero, to jest w trzeciej i ostatniej epoce polityka moskiewska zaczyna być zachowawczą, konserwatorską. Wtedy to carowie uśmierzają bunty, zaludniają Syberię wichrzycielami porządku, jednym słowem rządzą krajem, który podług wyrazów ich gazety powinien się mieć za szczęśliwego, że straciwszy niepodległość pełną wewnętrznych zaburzeń, składa część cesarstwa wszech Rosji".

Maurycy Mochnacki, "O charakterze zaborów rosyjskich", 1833.

sobota, 25 czerwca 2022

Kościuszko przeciwko Kościołowi?

Tadeusz Kościuszko.
Mal. K. Wojniakowski.
Kościuszko przeciwko Kościołowi?

Swoje antykościelne obsesje lewica stara się czasem podpierać historią … ale praktycznie za każdym takim razem wyłazi z niej historyczny analfabetyzm. Chętnie posługują się np. fragmentami listu Tadeusza Kościuszki do księcia Adama Czartoryskiego z 1814 roku. Napisał w nim min. „Kościół winien być oddzielony od państwa, nie wolno mu zajmować się kształceniem młodzieży. Naród winien być panem własnego losu i jego prawa powinny być nadrzędne wobec praw Kościoła. Żadna religia nie może im przeczyć, odwołując się do prawa boskiego, przeciwnie, każda religia powinna być posłuszna prawom ustanowionym przez naród”. Tak, to napisał TEN Kościuszko, którego czcimy jako Bohatera Narodowego. Miał poglądy radykalnie antykościelne … tylko co z tego? Polski problem z wielkimi postaciami naszej historii polega z grubsza na tym, że albo traktujemy je absolutnie bezmyślnie i bałwochwalczo … albo próbujemy mieszać je z gnojem. Niestety jedno i drugie jest równie głupie i arcyszkodliwe. Nasi Bohaterowie byli przede wszystkim ludźmi, ze wszystkimi swoimi wielkościami i słabościami. Tadeusz Kościuszko to znakomity inżynier wojskowy, dobry dowódca, charyzmatyczny przywódca … ale też niestety marny polityk, w ogóle nie ogarniający geopolitycznego klinczu, w którym I Rzeczpospolita znalazła się pod koniec swojego istnienia. Powstanie Kościuszkowskie było bohaterskim … SAMOBÓJSTWEM, od początku nie mającym żadnych szans na powodzenie. Mimo tej klęski bilans dokonań Naczelnika jest taki, że NALEŻY MU SIĘ PAMIĘĆ I CZEŚĆ – co do tego nie ma żadnego sporu. Jednak jego poglądy na różne sprawy trzeba traktować rozumnie i analizować KRYTYCZNIE. Kościuszko nie wystawił sobie dobrego świadectwa owym listem do Czartoryskiego i jego ślepym na wszystko antyklerykalizmem. Nie popisał się zdolnością przewidywania, a historia surowo zweryfikowała jego pomysły. Gdyby idee Kościuszki zostały w praktyce zrealizowane, gdyby Kościół Katolicki został zamknięty w kruchcie … to nigdy nie przetrwalibyśmy zaborów jako wspólnota narodowa i nigdy nie odbudowalibyśmy suwerennej Rzeczypospolitej. Kiedy nie było polskiego państwa, polskich urzędów, wojska i szkół, to przede wszystkim Kościół był największą publiczną ostoją polskości. To on był fundamentem polskiej tożsamości i spoiwem wspólnoty, która oparła się zarówno germanizacji jak i rusyfikacji. Gdyby nie to …... dzisiaj by nas po prostu nie było. To nie jest absolutnie tak, że Kościuszko w swojej generalnej krytyce Kościoła w ogóle nie miał racji. Część jego ocen była niestety zasadna, jednak w generalnych postulatach poszedł zdecydowanie za daleko.
Kościuszko w swoim stosunku do religii był dzieckiem epoki, której elity otwarcie głosiły, że należy odrzucić „prawo boskie” dla prymatu prawa stanowionego przez naród. Doskonale wiedział czym to się skończyło owo „wyzwolenie człowieka spod boskiej kurateli” w czasie „Rewolucji Francuskiej” - obłędnie krwawą, nieludzko okrutną rzezią …. „w imię postępu”. Świadomy tych bestialstw jeszcze w czasie Powstania pisał „Nie francuską robimy rewolucję”. Czyżby zapomniał o tym na stare lata? My, dzieci XX wieku, wiemy że odrzucenie przekonania o istnieniu uniwersalnego prawa moralnego (zwanego przez wierzących „prawem boskim”), nadrzędnego wobec praw stanowionych, stało się fundamentem najgorszych totalitaryzmów i największych zbrodni tamtego stulecia. Czy Kościuszko powinien to przewidzieć? Może i tak (Rewolucja Francuska!) …. ale nie zapominajmy, że przede wszystkim był wojskowym, a nie filozofem czy naukowcem. Wierzył w porządek - dyscyplinę, organizację i matematykę. Jego epoka dała mu wiarę w siłę i wyższość człowieka. Nie ..... na pewno nie potępię go za to, że nigdy się z tej wiary nie wyleczył.
Tak na marginesie – Naczelnik był żarliwym patriotą. Oddał swoje najlepsze lata Rzeczypospolitej. Wierzył w naród, w nadrzędność i walczył o to, żeby wspólnota narodowa objęła wszystkie stany. Dzisiaj lewica takich jak Kościuszko nazywa w najlepszym razie nacjonalistami …. a coraz chętniej „faszystami”. To jak to jest szanowna lewico? Nacjonalista jest waszym … autorytetem, bo popełnił mocno nieprzemyślany tekst przeciwko tym, których tak obsesyjnie nienawidzicie?
Posługując się historią we współczesnych sporach trzeba przede wszystkim znać tą historię i starannie wybierać wątki. Bez elementarnej rozwagi wychodzi tak jak w tym przypadku … trochę śmiesznie … trochę strasznie … a przede wszystkim GŁUPIO. 

Honor w polityce?

Józef Piłsudski

Honor w polityce?
(tekst z 2017)

Do wybuchu II wojny światowej polska inteligencja miała korzenie przede wszystkim szlacheckie. W pierwszej połowie XIX wieku to właśnie z tysięcy „białych dworków” wyszło jej pierwsze, nowoczesne pokolenie. Ze swoich domów wynieśli zarówno siłę, jak i słabość. Siłą było wspaniałe, przebogate dziedzictwo kultury I Rzeczypospolitej, dające im tak szerokie horyzonty i unikalne postrzeganie świata. Siłą był też żarliwy, nieprzekupny i gotowy na każde poświęcenie patriotyzm. Dla odbudowy wolnej Ojczyzny szli na wszystko, zgodnie ze starą dewizą swoich rycerskich przodków „amor patriae nostra lex” (miłość Ojczyzny naszym prawem). Byli jej zawsze wierni bez względu na cenę, jaką przyszło im za to płacić. Z drugiej strony to również ten sam kult rycerskiego dziedzictwa był wielką słabością polskiej inteligencji – brak realnego zrozumienia reguł rządzących międzynarodową polityką. Postrzegaliśmy ją nieledwie jako wyidealizowany turniej rycerski, w którym liczą się „cnoty” - honor, prawość, wierność, w którym paktów przestrzega się zawsze i bez względu na wszystko, w którym „prawda zawsze się obroni” a w naszej „walce za naszą i waszą” nigdy nie będziemy osamotnieni. Kiedy zaczęło formować się nowoczesne społeczeństwo szeregi polskiej inteligencji w coraz większym stopniu uzupełniali przedstawiciele innych grup społecznych. Synowie mieszczan i chłopów wchodzili jednak w świat pojęć ukształtowany przez swoich szlacheckich poprzedników, przyjmowali jego moralność za własną i tak samo postrzegali rzeczywistość międzynarodową. Wyjątkiem był ruch narodowy, który dzięki takim działaczom jak np. Dmowski potrafił realnie oceniać rzeczywistość.
Stara polska inteligencja została zmasakrowana w czasie II wojny światowej celowymi represjami zarówno Niemców jak i Sowietów. Dalej przyszły represje okresu stalinowskiego, szczególnie bezwzględne wobec niedobitków endecji i okazało się, że nasza inteligencja była budowana praktycznie od nowa. „Kiedy odzyskaliśmy niepodległość” okazało się jednak, że chociaż „komuna” dramatycznie przeorała naszą narodową świadomość to tamto stare dziedzictwo naszej XIX wiecznej inteligencji wciąż siedzi w nas mocniej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wciąż nie rozumiemy polityki międzynarodowej. Aby się o tym przekonać wystarczy poczytać np. internetowe komentarze. Po wieloletniej lekturze tysięcy takich tekstów mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że patrzymy na świat tak samo, jak nasi przodkowie, którzy w XIX wieku szli do Powstań ze świętym przekonaniem, że Europa pomoże bo przecież „racja jest po naszej stronie”. Wciąż mówimy przy takich okazjach dużo o honorze, wierności bez względu na wszystko, o godności, „wartościach”, odwiecznych przyjaciołach i odwiecznych wrogach itd. itp. Chociaż w większości jesteśmy potomkami mieszczan i chłopów, to wciąż wydaje się nam, że światem rządzą takie reguły, jakie chcieli w nim widzieć ci, którzy w XIX wieku jednoczyli Polaków jako nowoczesny naród. O intelektualnym dziedzictwie ruchu narodowego po dekadach propagandowej orki praktycznie zapomnieliśmy. Dopiero w ostatnich latach myśli Dmowskiego i innych publicystów powoli przebijają się do szerszej świadomości Polaków. Wszystko to jednak idzie straszliwie wolno. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak wciąż jest. Historia kilka razy mocno pokazała nam, że światem rządzą jednak zupełnie inne reguły. Aż tak bardzo nie potrafimy uczyć się na własnych doświadczeniach?
Polityka międzynarodowa to tylko gra interesów i nic więcej. Określa ją prosty bilans zysków oraz strat i to wyłącznie on warunkuje przestrzeganie każdej umowy. Nie ma w tym honoru, szlachetnej rycerskości, wierności i tych wszystkich wielkich pojęć, które tak chętnie chcemy tam widzieć. Nikt nikomu nic nie daje w tym świecie za darmo „w imię wyższych wartości” … chyba, że mu się to z bardzo konkretnych powodów opłaca. Nikt nie będzie tutaj za nikogo walczył „w imię dobra” …. o ile nie znajdzie w tym bardzo wymiernych korzyści. Nikt nie będzie nam bezwzględnie wierny nawet w najgorszej sytuacji …. jeżeli nie będzie miał w tym bardzo mocnego interesu. Wyliczać tak mógłbym długo.
Oczywiście zawsze mogą w tej grze wyskoczyć „modyfikatory” ludzkiej głupoty, chciwości i żądzy władzy. Nie zmienia to jednak zasadniczej konkluzji co do głównych zasad. Warto też pamiętać, że to co widzimy na ekranach telewizorów to z reguły tylko teatrzyk dla „mięsa wyborczego”. Najważniejsze sprawy zawsze załatwia się za zamkniętymi drzwiami.
Pozwolę sobie zakończyć cytatem, który doskonale podsumowuje ten temat:
„Polityka każda i praca każda oparta jest na prostej, brutalnej zasadzie, gdzie robić trzeba wszystkie wysiłki, aby zwyciężyć, i wówczas warte jest tylko to, co zwycięstwu pomaga, a bez wartości jest to, co ani ziębi, ani grzeje”.
Józef Piłsudski - przemówienie na zjeździe legionistów w Krakowie 6 sierpnia 1922 r.

niedziela, 22 maja 2022

Katarzyna .... Wielka?

Katarzyna II w wieku 50 lat. Mal. J. Lampi.

Katarzyna  .... Wielka?
(tekst z 2017)

Na jednym z telewizyjnych kanałów historycznych pokazywano w ostatnich tygodniach rosyjski serial o carycy Katarzynie Wielkiej. Była na pewno jednym z największych władców w historii Rosji i Europy. Wyniosła państwo którym rządziła do rangi euroazjatyckiego imperium, ale też położyła swoją polityką fundamenty pod jego przyszłe klęski. Jej polityka była pełna zdumiewających sprzeczności. Sławiona w Europie „przyjaciółka” filozofów i myślicieli, mająca w swoim dorobku wyprzedzające epokę projekty, była też brutalnym despotą, który de facto obrócił w niewolników większość populacji swojego państwa. Po tragicznym zakończeniu pierwszego małżeństwa nigdy już nie wyszła za mąż. Była za to bohaterką szeroko komentowanych romansów, a jej bujne życie erotyczne stało się ulubionym tematem ówczesnych europejskich „brukowców”. Mocno przyczyniła się do upadku I Rzeczypospolitej. Jeszcze jako początkująca władczyni kazała nazywać się „Wielką”. Co ciekawe, z pochodzenia nie była Rosjanką, ale Niemką. Podsumowując – jej życie to doskonały materiał na dobry serial.
Urodziła się 29 maja 1729 roku jako Zofia Fryderyka Augusta zu Anhalt-Zerbst-Dornburg, córka księcia Christiana Augusta von Anhalt-Zerbst z dynastii askańskiej i Joanny Elżbiety z dynastii holsztyńskiej. W 1745 roku poślubiła w Petersburgu następcę tronu, wielkiego księcia Piotra. Również on … był Niemcem. Urodził się jako Karl Peter Urlich von Holstein Gottorp. Został rosyjskim następcą tronu tylko dlatego, że jego matka – Anna – była siostrą bezdzietnej carycy Elżbiety. Nie miała ona własnych dzieci, dlatego szukając spadkobiercy wybrała swojego siostrzeńca. Zofia przed ślubem przeszła na prawosławie i przybrała imię – Katarzyna. Małżeństwo były wybitnie nieudane i skończyło się tragicznie. Katarzyna z grupą popleczników zawiązała spisek, który obalił cara, po czym przejęła samodzielną władzę w państwie. Piotr zginął później w niejasnych okolicznościach. Tak to trzeciorzędna niemiecka księżniczka została jednym z najpotężniejszych władców Europy.
Sprzeczności jej rządów doskonale pokazuje np. sprawa chłopska. Jako światła władczyni pragnęła, zgodnie z ideami Oświecenia, uwolnić rosyjskich chłopów od feudalnych zależności, w czym wspierali ją co światlejsi doradcy. Spotkało się to jednak ze zdecydowanym oporem większości arystokracji i szlachty. Katarzyna będąc Niemką, która siłą zdobyła tron Romanowów, bała się o swoją pozycję, więc łatwo uległa tej presji. Chłopi z dóbr szlacheckich – czyli de facto większość populacji państwa – stali się praktycznie niewolnikami. Polepszyła się sytuacja tylko tych, którzy żyli w majątkach cesarskich i cerkiewnych przejętych w 2 poł. lat 60-tych przez państwo. To właśnie te decyzje Katarzyny, blokujące możliwości rozwoju większej części społeczeństwa, sprawiły, że w następnym stuleciu Rosja stawała się cywilizacyjnie coraz bardziej ociężała i stopniowo przegrywała kulturowy wyścig z państwami zachodniej Europy.
W polityce zagranicznej Katarzyna była genialną manipulatorką, doskonale rozumiejącą jak w gruncie rzeczy łatwo można sterować zachodnimi intelektualistami, którzy zachwyceni jej polityką – bądź pozorami które im podsuwała – zwali ją „Semiramidą Północy”. Trzeba jednak przyznać, że w polityce wewnętrznej Katarzyna istotnie realizowała niektóre idee Oświecenia. Chociaż pogorszyła sytuację większości chłopów, to z drugiej strony wzmocniła pozycję miast, gwarantując ich samorząd. Zrobiła wiele dla rozwoju systemu szkolnictwa. To jej pomysłem był min. sławny później Instytut Smolny – elitarna szkoła dla dziewcząt z najbogatszych rodzin. To jej decyzje zbudowały podstawy polityki socjalnej, dzięki utworzeniu Prikazu Dobra Publicznego. Bezsprzecznie wielkim osiągnięciem Katarzyny była też utworzenie pierwszego systemu masowych szczepień przeciwko ospie. Z drugiej strony była brutalną autokratką, bezlitośnie dławiącą wszelkie sprzeciwy i topiącą we krwi bunty zdesperowanych swoją niedolą poddanych. Była też bezwzględną imperialistką, która wprost przyczyniła się do ostatecznego zniszczenia Rzeczypospolitej. Wbrew pozorom był to jej wielki błąd. Mogła utrzymać państwo polskie jako swój protektorat i wykorzystywać je do politycznych rozgrywek przeciwko Prusom i Austrii. Zamiast tego doprowadziła do rozbiorów, które na pewno wzmocniły konkurencję – zwłaszcza Prusy - i włączyła w skład własnego państwa obszar permanentnego konfliktu, którego Rosja de facto nigdy nie wygrała.
Dzisiaj Katarzyna II jest jedną z wielkich postaci rosyjskiej historii i jednym z wielkich upiorów naszej przeszłości. Na pewno jest jedną z postaci, bez których nie można poznać i zrozumieć tak brzemiennej w długofalowe skutki drugiej połowy XVIII wieku.




niedziela, 27 marca 2022

Konstytucja 3 Maja – demokratyczna czy republikańska?

Typy szlacheckie. Mal. J. P. Norblin.

Konstytucja 3 Maja – demokratyczna czy republikańska?

Konstytucja 3 Maja to piękna część naszego dziedzictwa i słusznie jesteśmy z niej dumni. Jednak często cała nasza wiedza na jej temat zbywa się w ogólnikach i tak naprawdę to nie bardzo wiemy co owa Ustawa realnie zawierała. Z tej potocznej niewiedzy bierze się min. opisywanie tej Konstytucji jako „zwycięstwa idei demokratycznej”. Jest to ogromny błąd. Konstytucja 3 Maja bez wątpienia nie była manifestem demokratyzmu ale REPUBLIKANIZMU ujętego w ramy monarchii konstytucyjnej. Dla twórców tej Ustawy … podobnie jak dla „Ojców” Konstytucji USA … demokracja była groźnym wynaturzeniem idei państwa obywatelskiego. Uważali oni, że nie można przyznawać prawa polityczne wszystkim za nic i aby z nich korzystać trzeba mieć odpowiednie „kwalifikacje”. Przede wszystkim wykształcenie dające podstawową wiedzę o funkcjonowaniu państwa i mechanizmach rządzących polityką. Poza tym ekonomiczną oraz polityczną niezależność od oligarchów (magnaterii). To właśnie republikanizm był przez wieki ideowym fundamentem i duchem polskiej kultury politycznej. Nasi reformatorzy doskonale wiedzieli, że ustrój Rzeczypospolitej zdegenerował się przez to, że magnaci wykorzystali dla swoich egoistycznych celów najbiedniejszą, upadłą ekonomicznie i kulturowo część szlachty. Aby to przerwać Konstytucja 3 Maja odebrała szlacheckiej „gołocie” (pozbawionym własności nieposesjonatom) prawa polityczne. Niestety właśnie ten ruch bodaj najmocniej sprowokował powstanie i akcję Targowicy. Tworzący ją magnaci zorientowali się, że oto właśnie stracili swój dotychczasowy elektorat a co za tym idzie również realne możliwości walki politycznej. Mając przeciwko sobie Kościół, część magnatów, zdecydowaną większość szlachty i niższe stany, za swoją jedyną szansę uznali obcą interwencję. Wszyscy wiemy jak to się skończyło …
Z drugiej strony trzeba oddać cześć owej szlacheckiej gołocie, która dla dobra wspólnego i ratowania Ojczyzny sama zrezygnowała ze swoich praw politycznych. Dobitnie pokazuje to analiza sejmikowych głosowań nad przyjęciem Konstytucji. Masy owych biednych „szaraczków” świadomie głosowały za nowym ustrojem, który realnie oznaczał obniżenie ich rangi społecznej. Na dnie upadku obudziła się w nich pamięć o rycerskich przodkach i rozpaliło się poczucie, że Rzeczpospolita jest ważniejsza niż ich zagonowe sprawy. Warto też pamiętać, że w ogóle cała szlachta samorzutnie oddała wówczas część swoich przywilejów dla odbudowania upadającej Ojczyzny. Taka postawa była europejskim ewenementem. Wystarczy porównać to sobie np. z zachowaniem francuskiej szlachty, która do końca broniła swoich praw konsekwentnie odrzucając wszelkie programy reform … co skończyło się krwawym szaleństwem Rewolucji. Polscy reformatorzy od razu poszli zupełnie inną drogą. Chwała im za to, bo dzięki temu polska Konstytucja jest dzisiaj pomnikiem ponadstanowej zgodny i wspólnej odpowiedzialności za państwo.
 

wtorek, 15 lutego 2022

Największe zbrodnie XX wieku

 

Największe zbrodnie XX wieku

Izrael i Stany Zjednoczone próbują narzucić nam narrację wedle której niemiecki Holocaust na Żydach był „największą i najstraszniejszą” zbrodnią w historii ludzkości. Przyjrzyjmy się bilansowi największych masowych zbrodni XX wieku:

1. Komunistyczne represje w ZSRR do 1956 – około 60 milionów ofiar śmiertelnych (wg Sołżenicyna). Robert Conquest podaje liczbę około 20 milionów.
2. Polityka „Wielkiego Skoku” w Chinach – ok. 45 milionów zmarłych z głodu, zamordowanych i zamęczonych.
3. Zbrodnie reżimu Pol – Pota w Kambodży – minimum 1,7 miliona (według innych ocen 2.5 do 3 milionów) ofiar śmiertelnych.
4. Sieć „obozów pracy” w Chinach – od 15 do 27 milionów zamordowanych i zamęczonych.
5. Niemieckie zbrodnie na cywilnych obywatelach ZSRR oraz jeńcach wojennych – około 10 milionów ofiar śmiertelnych (w tym ok. 1,4 miliona Żydów). Do tego około 6 milionów osób cywilnych zmarłych na skutek chorób i głodu związanych z wojną.
6. NIEMIECKI Holocaust na Żydach – maksymalnie do 6 milionów ofiar śmiertelnych (łącznie z Żydami z ZSRR). 
7. „Wielki Głód” na Ukrainie w czasach stalinowskich – około 4 miliony (według innych ocen nawet 2-krotnie więcej).
8. Rewolucja kulturalna w Chinach – około 5 milionów zamordowanych i zamęczonych.

Każda zbrodnia jest czymś absolutnie nieludzkim, jednak manipulowanie historią dla politycznych czy wymiernych korzyści to coś takiego …. jakby te miliony ofiar jeszcze raz mordowano.

Nie wierzcie „demokratom” ….

Ulotka "Bloku Demokratycznego" z 1947 roku. 

Nie wierzcie „demokratom” ….

Wybory parlamentarne 1947 roku w Polsce są dzisiaj historią zapomnianą. Warto odkurzyć główne fakty bo jest w nich nie tylko wiedza o przeszłości, ale też tłumaczenie teraźniejszości i nauka na przyszłość.
Po całkowicie sfałszowanym referendum ustrojowym z 1946 roku organizacja wyborów parlamentarnych miała być kolejnym etapem przejmowania władzy nad Polską przez komunistów. Stworzyli oni Blok … a jakże … DEMOKRATYCZNY. Jego główną, w zasadzie jedyną realną, siłą była oczywiście Polska Partia Robotnicza. Dodano jej Polską Partię Socjalistyczną, Stronnictwo Ludowe oraz Stronnictwo Demokratyczne. Były to grupy wykorzystujące przedwojenne jeszcze szyldy partyjne, ale obsadzone przez komunistyczne marionetki. Ich jedyną rolą było tworzenie wrażenia, że wokół partii komunistycznej uformował się realny blok „sił postępowych”, mający poparcie większości społeczeństwa. Antykomunistyczna opozycja zjednoczyła się wokół Polskiego Stronnictwa Ludowego. Komuniści rozpętali przeciwko niemu skoordynowaną akcję wszystkich służb i formacji – LWP, KBW, MO, ORMO i UB. Do wyborów aresztowano około 60 tysięcy działaczy i sympatyków PSL. Około 200 członków tej partii zostało zamordowanych w skrytobójczych zamachach. Na skutek różnych zarządzeń odebrano prawa wyborcze około 400 tysiącom osób. Grupy UB oraz bojówki PPR jawnie terroryzowały propeeselowskie wsie. Niszczono lokalne struktury tej partii, co uniemożliwiało jej wystawianie własnych kandydatów i wprowadzanie własnych mężów zaufania do komisji obwodowych. Pod różnymi pretekstami unieważniono około 1/5 peeselowskich list wyborczych z 76 kandydatami. Komuniści rzucili też przeciwko PSL ogromną machinę propagandową, mającą zdyskredytować ludowców jako realną siłę polityczną. Równocześnie na wszystkie możliwe sposoby blokowano stronnictwu własną aktywność medialną. Dzięki różnych machlojkom PPR samodzielnie obsadziła ponad 60 procent komisji obwodowych. Na prośbę Bolesława Bieruta do Warszawy ściągnęła też ekipa funkcjonariuszy sowieckiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego pod dowództwem pułkownika Aarona Pałkina. Byli to najwyższej klasy specjaliści od fałszowania dokumentów pisanych. Rok wcześniej właśnie ta ekipa sfałszowała centralne wyniki referendum ustrojowego.
Według oficjalnych wyników tych „Blok Demokratyczny” zyskał w tych wyborach 80,1 % głosów a opozycyjny PSL 10,3 %. Ustalenie rzeczywistych wyników jest niestety bardzo trudne. Według przesłanego Stalinowi raportu NKWD komuniści i ich marionetki zyskali w tych wyborach około 50 %. Zachowane szczątkowe dane ze stu obwodów pokazują, że PSL zdobył 63 % a „demokraci” 27%. Jeżeli uwzględnimy obwody w których PSL został zablokowany to projekcja tych wyników na cały kraj pozwala uznać, że komuniści te wybory jednak przegrali. Mimo bezwzględnego terroru i masowej dezinformacji większość Polaków odważyła się zagłosować przeciwko „Blokowi Demokratycznemu”. Rzeczywiste wyniki zostały oczywiście sfałszowane a kłamstwo stało się dla komunistów oficjalnym pretekstem do otwartej wojny ze społeczeństwem.
Skończyły się pozory, ale „demokratyczny” szyld jakimś szczególnym szyderstwem historii stał się na długie lata częścią peerelowskiej propagandy - „siły demokratyczne”, „demokracja ludowa”, „demokratyczne wybory” itp. totalnie zakłamywały naszą rzeczywistość. Potem przez chwilę wydawało się, że te wszystkie upiory w końcu odeszły. Niestety, wzięły tylko krótki urlop i znowu wracają, tak samo „demokratyczne” jak wtedy ...

Karol Wielki … nie nasz „ojciec”, nie nasz bohater ...

Mapa rozwoju Imperium Franków w latach 481–814.

Karol Wielki … nie nasz „ojciec”, nie nasz bohater ...

Niemiecko – francuska narracja historyczna usilnie wciska nam Karola Wielkiego jako „Ojca Zjednoczonej Europy”. Jest to drastyczne przekłamanie, po prostu zwykła propaganda . Problem z „ojcostwem Karola” polega na tym, że nawet w szczytowym okresie potęgi swojego imperium nie panował on nad … jak to się często przedstawia …. „prawie całą Europą”. Owszem, zjednoczył pod swoim berłem PRAWIE CAŁY ZACHÓD. To „prawie” oznacza, że poza jego władztwem była Hiszpania, południowe Włochy, Brytania, Irlandia i Skandynawia. Karol NIGDY NIE RZĄDZIŁ SŁOWIANAMI. Fakt, LUŹNO ZHOŁDOWAŁ zachodnie pogranicze Słowiańszczyzny – plemiona połabskie, Czechów, Morawian i Chorwatów. Jednak to wszystko. Jego polityczne wpływy całkowicie zanikały na wschód od linii Odry i Nysy oraz na wschód od Dunaju. Pozostali poza nimi zarówno nasi przodkowie, jak i cały ogrom etnosu wschodniosłowiańskiego – czyli większość Europy Środkowej i cała Europa Wschodnia.
Przedstawianie Karola jako „Ojca Europy” wobec faktycznego zasięgu jego państwa wynika chyba tylko z tego, że dla zachodniej kultury i zachodniego kodu kulturowego „prawdziwa Europa” to tylko oni, a my to jakiś „barbarzyński wschód”. Takie traktowanie Słowian, taka pogarda wobec naszej historii i naszego dziedzictwa jest tak głęboko wbita w „geny” Zachodu, że w ich polityce historycznej wyłazi praktycznie na każdym kroku. „Sprzedawanie” nam Karola jest dobitnym przykładem takiego podejścia.
Reasumując – Karol Wielki z pewnością wielkim władcą był …. ale nie naszym. Nigdy nie rządził nawet połową Europy, więc po co te bajki o „Ojcu zjednoczenia”? Chyba tylko po to, żebyśmy poczuli się jako „ubodzy i dalecy krewni” z wdzięcznością i pokorą przyjmujący „szklane paciorki” obcego dziedzictwa.

niedziela, 30 stycznia 2022

Jak pokonać przeciwnika bez walki?


Jak pokonać przeciwnika bez walki?

- dyskredytować wszystko, co dobre w kraju przeciwnika
- wciągać przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia
- podrywać dobre imię warstw rządzących atakowanego kraju i w odpowiednim momencie rzucić ich na pastwę pogardy rodaków
- dezorganizować działalność rządu przeciwnika
- powodować waśnie i niezgodę pomiędzy obywatelami atakowanego kraju

„Sztuka wojenna” Sun Zi

--------------------------------------------
Sun Zi (ur. 544 p.n.e., zm. 496 p.n.e.) – jeden z największych starożytnych myślicieli Dalekiego Wschodu, autor Sztuki wojennej Sun Zi (chiń. 孙子兵法), najstarszego na świecie podręcznika sztuki wojennej. Uważa się go również za jednego z pierwszych realistów w teorii stosunków międzynarodowych, a jego książka jest współcześnie traktowana jak podręcznik prakseologii i reinterpretowana w odniesieniu do innych dziedzin, które wymagają stosowania strategii, jak m.in. zarządzanie przedsiębiorstwem.


sobota, 11 lipca 2020

Dyplomacja pozorów ...

Theobald von Bethmann-Hollweg

Niemiecka dyplomacja pozorów ...

Niektórzy uważają, że jesteśmy Niemcom coś tak ekstra winni, bo "30 procent naszego eksportu' ... i wogóle gdyby nie Niemcy "to byłoby po nas", "bylibyśmy w innym miejscu" ... i takie tam .. 
Czy Niemcy cokolwiek 'robią dla Polski"  za darmo? NIE! Kupują polski eksport bo im się to OPŁACA. Nie prowadzą w Polsce - jak to się chyba niektórym wydaje - jakiejś wielkiej akcji charytatywnej, ale INTERESY, nastawione wyłącznie na KORZYŚĆ WŁASNĄ. Są w tym absolutnie konsekwentni, bezwzględni i starannie pilnują, aby polska gospodarka pozostała kooperantem gospodarki niemieckiej i nigdzie, w żadnym sektorze nie była jej konkurencją. Tutaj nic się nie zmieniło od wielu lat, od kiedy naczelną zasadą niemieckiej polityki wschodniej stała się strategia "MittelEuropy". 
Dla przypomnienia: Kanclerz Niemiec Bethmann Hollweg sprecyzował cele niemieckiej polityki w tajnym memoriale z 9 września 1914, czyli wkrótce po wybuchu wojny. Domagał się „utworzenia środkowoeuropejskiej unii gospodarczej [...] z udziałem Francji, Belgii, Holandii, Danii, Austro-Węgier, Polski i ewentualnie Włoch, Szwecji i Norwegii. Związek ten [...] zachowując pozory równouprawnienia swoich członków, faktycznie jednak pod przywództwem niemieckim, musi ustalić hegemonię gospodarczą Niemiec nad Europą środkową”. Coś Wam to przypomina?
Aby trzymać nas poniżej bezpiecznego dla nich poziomu Niemcy wykonali olbrzymią pracę nad zdobyciem wpływu na polską politykę. Trzeba im przyznać .... z niejakim podziwem ...... że dzięki miejscowym kolaborantom osiągnęli niesamowite wręcz wyniki. Przejęli większość polskich mediów i wykreowali własne marionetki, które przejęły władzę. Dwie kadencje wszystko pięknie działało, ale w 2015 postawiliśmy się im i cała koncepcja ME zaczęła się sypać. Dzisiaj Niemcy robią wszystko, żeby odzyskać stracone pozycje .... tym bardziej, że Polska jest im również zawadą dla strategicznie ważnego sojuszu z Rosją.
Potrzebujemy PRAWDZIWEGO ROZWOJU gospodarczego odpowiadającego naszym aspiracjom. Trwa walka o nowych podział światowych interesów. Albo zaczniemy normalnie grać i wyrwiemy swój kawałek tortu, albo na zawsze pozostaniemy wolno gasnącą przybudówką. Jesteśmy zdolni, ambitni i megapracowici. Dlatego zasługujemy na więcej i na pewno stać nas na więcej. Dajcie więc sobie już spokój z łaszeniem się do Niemców za to, że "dzięki nim jesteśmy w tym miejscu' i zapytajcie raczej gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby nie ich mieszanie w naszej polityce? To wciąż jest realne, choć długa jeszcze droga i wiele na niej pracy, żeby się ziściło. Szansa wciąż nie jest stracona ... chyba, że przegramy ją z własnej woli.  
Niemców się nie bójcie. Musimy grać o więcej niż daje nam uzależnienie od niemieckiej gospodarki. Cokolwiek zrobimy, dopóki ich interesy u nas działają to i tak nie rzucą się nam do gardeł ... bo wciąż będą na nas bardzo dobrze zarabiać ... a tak naprawdę właśnie to się dla nich naprawdę liczy, a nie "praworządność", "demokracja" i inne takie.

czwartek, 2 lipca 2020

Różnorodność ... dobra i zła

Podlasianie - Rusini i Żydzi (1 poł. XIX wieku). 
Mal. J. Lewicki.

Różnorodność ... dobra i zła 

Różnorodność, tak bezwzględnie fetyszyzowana przez współczesną lewicę, sama w sobie – jako wielość źródeł kulturowych - nie jest ani dobra, ani zła. Wszystko zależy od kontekstu i od tego, że dobrze służy społeczeństwu czy też mu szkodzi. Możemy tą różnorodność jako proces społeczny podzielić dwojako. W historii powstawała często jako proces niejako naturalny, kształtujący się w dłuższym czasie przez splot różnych czynników bez silnej, odgórnej presji. W ten właśnie sposób, przez dobrowolne mieszanie różnych grup etnicznych i różnych kultur powstało unikalne dziedzictwo kulturowe I Rzeczypospolitej z jego oszałamiającą ilością źródeł. 
Na początku trzeba zaznaczyć, że proces ten przebiegał różnie w różnych dzielnicach. W  „starych ziemiach” Królestwa Polskiego i wszędzie tam, gdzie przeważał polski żywioł odbywało się to przez splot zapożyczeń z polskim rdzeniem kulturowym. Przykładem może być tutaj dogłębna polonizacja ogromnych rzesz Niemców osiedlających się w Polsce od średniowiecza. Na koronnych i litewskich ziemiach ruskich, na których Polacy byli elitarną mniejszością, polskość była zapożyczeniem splatającym w różnym stopniu się z ruskim rdzeniem. Podobnie było z wpływami ormiańskimi, niemieckimi, włoskimi, holenderskimi, tatarskimi czy nawet z zewnętrznymi wpływami tureckimi. 
Proces ten zachodził również w odwrotnymi kierunku oraz generował związki wzajemne między samymi zapożyczeniami. Dodajmy jeszcze Żydów, tworzących własne enklawy i z reguły w ogóle się nie asymilujących, ale też w różnym stopniu wpływających na kulturę innych nacji Rzeczypospolitej. Wszystko to wytworzyło obszar unikalny kulturowo i dziedzictwo, którego … chyba nie są dzisiaj świadomi nawet jego bezpośredni spadkobiercy – narody żyjące na dawnym obszarze I Rzeczypospolitej. Nawet my, Polacy, często nie rozumiemy jak bogatą, jak unikalną kulturę odziedziczyliśmy po naszych staropolskich przodkach. Tylko dlatego niektórym z nas wydaje się, że potrzebujemy dzisiaj jakiegoś „kulturowego ubogacenia” w zachodnim stylu. Zdecydowanie NIE, tym bardziej, że to co nam proponują zwolennicy "multikulti" jest dokładnym zaprzeczeniem różnorodności jako naturalnego skutku dobrowolnego mieszania różnych wpływów kulturowych. To, co w tej chwili dzieje się w świecie zachodnim jest procesem całkowicie odgórnym, z bardzo konkretnym programem ideologicznym i politycznym. Jego główną dysfunkcją jest założenie, że można mieszać na jednym terenie grupy całkowicie różne kulturowo bez efektywnych mechanizmów asymilacyjnych. Na razie taka polityka doprowadziła tylko do utworzenia gett etnicznych, generujących niezliczone patologie społeczne i kulturowe. Nie ma tutaj mowy o żadnym „mieszaniu kultur” i jakieś pozytywnej różnorodności. Jest za to coraz bardziej eskalujący konflikt – który prędzej czy później eksploduje w masowej przemocy. Tak kreowana "różnorodność" jest bezdyskusyjnie zła i prowadzi wyłącznie do stopniowego chaosu i destrukcji społeczeństwa.
Mamy dzisiaj unikalną szansę uczyć się na doświadczeniach Zachodu i unikać jego błędów. Aby wyciągnąć z tej nauki rozumne wnioski musimy jednak najpierw poznać bogactwo naszego dziedzictwa – kultury I Rzeczypospolitej. Jako wstęp polecam serię filmików poświęconych kulturowym źródło naszego dziedzictwa.


wtorek, 30 czerwca 2020

Demokracja ...


Klejstenes - twórca ateńskiej demokracji.


Demokracja ....

W szkołach karmią nas peanami na cześć demokracji i przedstawiają ją jako najlepszy z ustrojów wymyślonych przez człowieka. Kiedy wydoroślejemy oficjalna narracja jest w zasadzie taka sama – demokracja jest bezdyskusyjnie super i w ogóle. Poniżej kilka wypowiedzi, które warto poznać a które pozwalają spojrzeć na sprawę … nieco inaczej.

Alternatywą dla demokracji jest republika. Stany Zjednoczone nigdy nie były państwem demokratycznym. Demokracja to rządy ludu. Republika zaś to rządy prawa. W celu ochrony wolności i własności każdego człowieka, ojcowie założyciele wybrali to drugie.

Demokracja ateńska, na którą tak często się powołujecie była obrzydliwa. Pozwalała na odebranie jednostce jej praw, własności a nawet jej wygnanie, jedynie dzięki woli ludu.
(Ron Paul)

Bez społeczeństwa obywatelskiego nie ma demokracji.
(Ernest Gellner)

Czy obywatel może się na nowo nauczyć obowiązków, które demokracja nakłada na swój najwyższy, najtrudniejszy urząd – nie na urząd prezydenta, jak się powszechnie sądzi, lecz na urząd obywatela? Sprawa ta ma swój wymiar praktyczny: odrodzenie obywatelstwa wymaga czegoś więcej niż lekcji wychowania obywatelskiego. Wymaga ustalenia na nowo podstawowych stosunków władzy i zmiany rozumienia obowiązków obywatelskich, które teraz są jedynie obowiązkami widza.
(Sheldon S. Wolin)

Demokracja jest wtedy, gdy dwa wilki i owca głosują, co zjeść na obiad. Wolność jest wtedy, gdy uzbrojona po zęby owca może się bronić przed demokratycznie podjętą decyzją.
(podobno Benjamin Franklin)

Demokracja nie powinna iść tak daleko, żeby w rodzinie większością głosów decydować, kto jest ojcem.
(Willy Brandt)

Demokracja parlamentarna nie była wcale i nie jest wcale spełnieniem snów doktryny liberalnej; powiedziałbym: wręcz odwrotnie! Była przykrą niespodzianką dla tej doktryny i dla jej przedstawicieli i w zakresie teorii i w zakresie praktyki; wprowadziła bowiem klasę robotniczą – w roli czynnika decydującego – na scenę historii najnowszej.

Liberalizm czerpał soki żywotne z naiwnego optymizmu. Formuła – skrócona i uproszczona – głosiła po prostu: niech każdy robi, co może; niech utrwali się „wolna gra” sił społeczno-ekonomicznych, talentów, zdolności, interesów; z „wolnej gry” powstanie budowla harmonijna. Rozwój kapitalizmu zaprzeczył radykalnie wszystkim złudzeniom tego optymizmu. Kapitalizm nie otworzył pola dla żadnej „wolnej gry”. Równość formalna wobec prawa nie okazała się równością faktyczną w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym.
(Mieczysław Niedziałkowski)

Demokracja to władztwo intrygantów, wybieranych przez głupców.
(Stanisław Lem)

Demokracja nigdy długo nie trwała. Wkrótce zniszczyła, wykończyła i zamordowała samą siebie.
(Samuel Adams)

Demokracja prowadzi do dyktatury.
(Platon)


poniedziałek, 22 czerwca 2020

Sami wśród wrogów ...

David Lloyd George − premier angielskiego rządu i stanowczy przeciwnik 
udzielania Polsce jakiejkolwiek pomocy w wojnie z bolszewikami.

Sami wśród wrogów.

Kiedy armie Tuchaczewskiego szły na Warszawę, polityczna sytuacja Polski była jeszcze gorsza od tego, co się działo na froncie. Francja zadeklarowała poparcie moralne i polityczne. Wysłała też misję wojskową (m.in. gen. Weyganda) oraz dostawy broni i sprzętu. Zostały one jednak szybko zablokowane przez Niemców. 15 lipca lewicujący dokerzy z Gdańska (w większości Niemcy) rozpoczęli strajk, protestując przeciwko wojennym dostawom dla Polski. 25 lipca rząd niemiecki oficjalnie ogłosił zakaz transportów wszelkich materiałów wojskowych dla Polski przez terytorium Niemiec. Równocześnie w Berlinie prowadzono tajne rokowania z władzami radzieckimi w sprawie rozbioru Polski oraz obalenia Traktatu Wersalskiego. Co ciekawe, generał Ludendorf prowadził również negocjacje z Polakami, proponując wystawienie armii do walki z bolszewikami, ale za cenę „zwrotu” Niemcom Wielkopolski. Spotkał się oczywiście ze zdecydowaną odmową polskiego rządu.
Zdecydowanie nieprzychylny wobec Polaków był angielski rząd premiera Davida Lloyd Georga. Realizując stary aksjomat angielskiej polityki, nakazujący utrzymanie równowagi między Francją i Niemcami, sprzeciwiał się znaczącemu osłabieniu tych ostatnich kosztem powstania sprzymierzonej z Francuzami Polski. Skutkiem tej polityki Anglicy nie udzielili Polakom żadnej pomocy. Co gorsza, próbowali wymusić na polskim rządzie zawarcie niekorzystnego pokoju z bolszewikami i uznania wschodniej granicy według tzw. Linii Curzona (odpowiadającej naszej obecnej, wschodniej granicy) . Jakby tego było mało, wywierali silną presję na inne państwa, żeby blokowały one dostawy dla Polski. Uległy im m.in. Austria oraz Belgia (która nie przepuszczała nawet dostaw żywności). Również w samej Anglii środowiska robotnicze pod wpływem agitacji III Międzynarodówki Komunistycznej utworzyły Radę Czynu. Zagroziła ona strajkiem powszechnym, gdyby rząd jednak zdecydował się na udzielenie Polsce konkretnej pomocy. USA ograniczyły się do deklaracji uznającej „niepodległość Polski przy zasadzie nietykalności jej terytorium narodowego”. W praktyce oznaczało to uznanie Linii Curzona i zredukowanie polskiego bytu państwowego do nieco większej wersji Księstwa Warszawskiego. O ile państwo amerykańskie odmówiło nam pomocy, to warto jednak pamiętać o Amerykanach, którzy walczyli za Polskę. W październiku 1919 roku na bazie 7. Eskadry Myśliwskiej utworzono amerykański oddział ochotniczy. Służyło w nim w sumie 21 lotników z USA zwerbowanych w Paryżu przez gen. Rozwadowskiego w porozumieniu z gen. Pershingiem. Jej załogi odznaczyły się m.in. w Bitwie Warszawskiej i obronie Lwowa przed Armią Budionnego. Otwarcie wrogą wobec Polaków postawę przyjęła Czechosłowacja. Prezydent Masaryk podjął akcję dyplomatyczną zmierzającą do przerwania wszelkiej pomocy Zachodu dla Polski. Równocześnie zadeklarował władzom radzieckim, że kiedy tylko Armia Czerwona zajmie Galicję Wschodnią, to rząd czeski na dowód swojej sympatii przekaże państwu radzieckiemu Ruś Zakarpacką. Premier Benesz oświadczył z kolei, że nie przepuści przez Czechosłowację żadnych transportów dla walczącej Polski. Również rząd litewski uznał ofensywę Tuchaczewskiego za dogodny moment do wystąpienia przeciwko Polakom. Mimo formalnej zgody Polaków na oddanie Wilna, Litwini 12 lipca podpisali traktat pokojowy z państwem radzieckim. Na jego mocy otrzymali Wilno oraz terytorium z około milionową ludnością (ale było w niej zaledwie 60-tysięcy Litwinów). Równocześnie rząd litewski zgodził się na operacje Armii Czerwonej na swoim terytorium i czasowe wprowadzenie jej do Wilna. Była to taktyka skrajnie nieodpowiedzialna, dowodząca totalnego zaślepienia litewskich polityków. W razie upadku Polski los Litwy był również przesądzony, co spełniło się dwadzieścia lat później. 
Tylko dwa kraje, nie bacząc na presję Anglii i agitację Międzynarodówki, stanęły po stronie Polski – były to Rumunia i Węgry. W obu państwach doskonale pamiętano krwawe rządy węgierskich komunistów Beli Kuna (Węgierska Republika Rad została obalona przez wojska rumuńskie 6 sierpnia 1919 roku). Węgrzy, zdając sobie sprawę z zagrożenia, jakim byłoby zwycięstwo bolszewików, zdecydowali się czynnie wesprzeć walkę Polaków. Utworzyli w tym celu 30–tysięczny korpus kawalerii. Niestety, rząd Czechosłowacji nie przepuścił tej jednostki przez własne terytorium. Polska szykowała się więc do decydującej bitwy sama, bez pomocy sojuszników i otoczona przez wrogów. Wszystko wskazywało, że jej upadek jest tylko kwestią dni, góra tygodni...

Tragiczne błędy hrabiego Wielopolskiego

Aleksander hr. Wielopolski.

Tragiczne błędy hrabiego Wielopolskiego

W każdą kolejną rocznicę Powstania Styczniowego (1863-64) czekają nas kolejne odsłony niekończącej się dyskusji o przyczynach i skutkach. Każdego roku wraca spór o ocenę jednej z głównych postaci tego dramatu – hrabiego Aleksandra Wielopolskiego.
Był dyrektorem głównym Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a później naczelnikiem rządu cywilnego dla Królestwa Polskiego. We współczesnych dyskusjach o Powstaniu Styczniowym przedstawiany jest przez niektórych jako wzór rozsądku politycznego, a jego działania jako szansa na uniknięcie tragedii Powstania. Czy są to opinie uzasadnione?
Wielopolski był bez wątpienia bardzo zdolnym administratorem. Trzeba przyznać, że po otrzymaniu nominacji ostro wziął się do pracy i szybko osiągnął pozytywne rezultaty. Ukrócił samowolę i korupcję rosyjskich urzędników, często zastępując ich Polakami. Dzięki jego staraniom wprowadzono oczynszowanie dla chłopów i równouprawnienie Żydów. Opracował plan rozwoju sieci szkolnej, a w 1862 roku otworzył w Warszawie Szkołę Główną. Przywrócił Radę Stanu Królestwa Polskiego, oraz uporządkował samorządową strukturę kraju. Były to godne uznania sukcesy, tworzące polski kapitał kulturowy i gospodarczy, doskonale rokujący na przyszłość. Trzeba przyznać, że hrabia dokonał tych śmiałych reform często walcząc z niechętną, agresywną wobec Polaków polityką rosyjskich władz w Warszawie. Niestety, popełnił też błędy, które wszystko przekreśliły, prowokując wybuch o tragicznych skutkach.
Jako legalista Wielopolski uważał, że Polacy powinni wyrzec się dążeń niepodległościowych i zaakceptować status quo. Kilkoma nieprzemyślanymi decyzjami zrobił jednak wszystko, aby stało się to niemożliwe. Już zarządzone przez niego represje wobec Towarzystwa Rolniczego i Delegacji Miejskiej wystarczająco podgrzały nastroje. Zupełnie nie udała się podjęta przez Wielopolskiego próba przeciwstawienia „lojalnych Żydów” „buntowniczym Polakom”. Środowiska żydowskie w większości zdecydowanie poparły polskie dążenia narodowościowe. W nocy z 7 na 8 kwietnia 1861 roku Wielopolski popełnił bodaj najgorszy błąd w swojej karierze, przedkładając rosyjskiemu namiestnikowi gen. Gorczakowowi opracowaną przez siebie „ustawę o zbiegowiskach”, dopuszczającą użycie wojska przeciwko ludności cywilnej. Oczywiście Gorczakow skrzętnie wykorzystał podsuniętą przez Wielopolskiego okazję. Już 8 kwietnia doszło do masakry na Placu Zamkowym, kiedy to rosyjskie wojsko ostrzelało polską manifestację. Trudno doprawdy zrozumieć, co hrabia chciał osiągnąć tą ustawą. Trudno też uwierzyć, że tak inteligentny polityk nie przewidział, iż prowadzi ona wprost do rozlewu krwi. Popełnił katastrofalny błąd (niestety, nie ostatni raz) zakładając, że można szybko i brutalnie rozładować emocje wstrząsające Królestwem.
Wielopolski próbował jeszcze ratować sytuację przekonując w Petersburgu, że tylko poważne ustępstwa wobec Polaków mogą uratować sytuację. Sukces jaki odniósł w tych negocjacjach mógł zmienić historię Polski. W czerwcu 1862 roku powrócił do Królestwa jako naczelnik rządu cywilnego. W tym momencie Wielopolski mimo wcześniejszych błędów był być może jedynym politykiem mogącym zatrzymać nadchodzącą katastrofę i pchnąć polską sprawę w Królestwie na drogę forsownego marszu do pewnego sukcesu. Niestety, jeśli hrabia miał wcześniej jakieś zaufanie ze strony radykalnych środowisk niepodległościowych, to stracił je zupełnie ową nieszczęsną ustawą z kwietnia 1861 roku. 7 i 15 sierpnia 1862 roku Ludwik Ryll i Jan Rzońca, członkowie Organizacji Miejskiej Warszawy podjęli dwie nieudane próby zamachów na Wielopolskiego. Prawdopodobnie pod wpływem tych wydarzeń hrabia popełnił kolejny, beznadziejny błąd odrzucając ofertę współpracy wystosowaną przez zachowawcze stronnictwo „białych”. Przepadła w ten sposób ostatnia, realna szansa na uspokojenie kraju i uniknięcie wybuchu. Pod koniec 1862 roku Wielopolski chcąc złamać stronnictwa prące do powstania wymyślił brankę 8 tysięcy młodych ludzi wybranych ze środowiska „czerwonych”. To był już koniec. Tą jedną, tragiczną decyzją Wielopolski sprowokował wybuch, wrzucił pochodnię do beczki z prochem. Zakładał, że wojsko rosyjskie w kilka tygodni upora się z buntem. Kolejny raz pomylił się fatalnie – wywołał bowiem najdłuższe, i najtragiczniejsze powstanie w historii Polski.
Czy w powyższym kontekście hrabia Wielopolski zasługuje na swoją legendę „jedynego rozsądnego”? Raczej nie. Cokolwiek osiągnął przekreśliły to jego własne błędy, a za skutki tychże zapłacił cały naród. Bez wątpienia był postacią tragiczną, ale nic ponad to.