Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2022

Inkwizycja - fakty i mity

Św. Dominik przewodniczy auto da fe. 
Obraz Pedro Berruguete (fragment, ok. 1495).

Inkwizycja - fakty i mity

W kręgu „kultury zachodniej” nie ma drugiej takiej instytucji, która cieszyłaby się równie złą sławą jak Święta Inwizycja. Od wieków oskarża się ją o wszystko, co najgorsze – dziesiątki … albo i setki tysięcy ofiar bestialsko torturowanych i palonych na stosach „za herezję” i najmniejszy nawet sprzeciw wobec Kościoła Katolickiego. Jest to wizerunek ugruntowany od wieków w „kulturze popularnej” przez tysiące tekstów, obrazów, filmów, w potocznych powiedzeniach itd. „Okrucieństwa i zbrodnie” inkwizycji są dzisiaj wręcz popkulturową „oczywistą oczywistością”, z którą nikt nawet nie próbuje polemizować …. „bo przecież każdy wie, że tak było”. Problem w tym, że wcale tak nie było, a całą sprawę zakłamano przez wieki tak totalnie, że dzisiaj tylko krytyczne odwołanie się do prac naukowych i żródłem może dać nam prawdziwy obraz instytucji i jej czynów. Spróbujmy więc pokrótce przyjrzeć się najpopularniejszym mitom związanym z działalnością katolickiej inkwizycji:
„Setki tysięcy i miliony ofiar” - w internetowych dyskusjach jako „pewnik” podaje się absolutnie fantastyczne wyliczenia dziesiątek i setek tysięcy a nawet dziesiątek i setek milionów bestialsko męczonych i mordowanych ofiar. Są to liczby nie mające żadnego oparcia w źródłach. Łatwo to sprawdzić, bo inkwizycja pozostawiła obszerne, z reguły doskonale zachowane, archiwa praktycznie w każdym kraju, w którym działała. Statycznie ujmując problem możemy stwierdzić, że na sto procesów inkwizycyjnych najwyżej jeden lub dwa kończyły się wyrokami śmierci. Realnie wykonywano tylko część z nich, ponieważ wiele procesów toczyło się zaocznie. Na około 600 lat działania inkwizycji daje nam to od 2 do 5 tysięcy poświadczonych źródłowo ofiar (oraz DOMNIEMANIE kilkunastu tysięcy) w CAŁEJ KATOLICKIEJ EUROPIE. To mniej więcej tyle ile jednego dnia padało w porządnej, średniowiecznej bitwie. Absolutna większość wyroków skazujących to była np. grzywna, publiczna pokuta, nakaz uczestnictwa w pielgrzymce lub areszt domowy. Wielokrotnie wydawano wyroki uniewinniające, kiedy oskarżenie nie potrafiło udowodnić swoich tez. Zdarzało się często, że starsi inkwizytorzy wydawali wyroki łagodzące orzeczenia nadzorowanych sądów lub nawet uniewinniali skazanych w razie stwierdzenia różnych uchybień w przewodzie.
„Bezbronność oskarżonego” - jednym z najbardziej rozpowszechnionych mitów na temat inkwizycji jest przekonanie, że oskarżenie w zasadzie równało się skazaniu, a podsądny nie miał żadnych praw wobec samowoli sądu inkwizycyjnego. Nic bardziej błędnego. Może to wydać się szokujące, ale to właśnie sądy inkwizycji realnie przywróciły do europejskiej praktyki sądowej tak oczywiste dzisiaj zasady jak np. prawo oskarżonego do obrońcy (którym mógł być tylko zawodowy prawnik). Oskarżony niezależnie od własnego przekonania MUSIAŁ korzystać z usług zawodowego obrońcy, a sąd MUSIAŁ mu go przydzielić. Oskarżenie MUSIAŁO przedstawić obronie całość materiału dowodowego, łącznie z zeznaniami i personaliami świadków potwierdzających tezy prokuratora – dla tamtej epoki była to zasada wręcz rewolucyjna. Świadkom oskarżenia groziły surowe sankcje aż do kary śmierci włącznie, w razie udowodnienia składania fałszywych zeznań. Wyrok wydawał zawodowy sędzia, ale MUSIAŁ on uwzględnić opinię ławy przysięgłych, liczącą od kilku do dwudziestu osób, wybieraną z najzacniejszych obywateli danej miejscowości. Realia były takie, że osoby tworzące taką ławę najczęściej wcale nie były zainteresowane skazaniem oskarżonego, dlatego z reguły brały jego stronę, aby jeden wyjątek nie psuł opinii grupy. Nowością wprowadzoną przez sądy inkwizycyjne był zakaz sądzenia i skazywania osób niepoczytalnych. Dlatego każdy przewód rozpoczynano od obdukcji lekarskiej, która miała stwierdzić czy oskarżony był i jest świadomy swoich czynów. Trzeba tutaj podkreślić, że odnośnie przestrzegania powyższych zasad zachowały się zarówno napomnienia papieży, jak i inkwizytorów. Przykładem może być cieszący się arcyczarną legendą hiszpański inkwizytor Tomasz Torquemada - wydał in instrukcje, w których stanowczo napominał sędziów inkwizycji, aby nie ulegali złym emocjom, łatwym uproszczeniom i pamiętali, że ich celem jest zwalczanie grzechu a nie niszczenie grzesznika.
„Tortury” - nie ma chyba takiego rodzaju tortur, którego potoczna wyobrażnia nie dopisałaby do rzekomego arsenału inkwizycji. Problem wszakże w tym, że o ile od połowy XIII wieku inkwizytorzy mogli posyłać oskarżonych na tortury (o ile nie zabronił tego medyk!) …. to nie wolno było traktować jako dowodu uzyskanych w ten sposób zeznań. Warto zauważyć jak bardzo było to odmienne od zasad i praktyki np. Prawa Magdeburskiego („niemieckiego”), w którym przyznanie się do winy wystarczyło za wszelkie dowody, a tortury za całe śledztwo. W praktyce w sądach inkwizycyjnych stosowano więc „męki” sporadycznie, a na pewno daleko rzadziej niż w ówczesnych sądach świeckich.
„Ścigano za wiedzę” - wedle potocznej opinii inkwizycja zaciekle polowała na naukowców obalających kościelne dogmaty, co miało „opóżniać rozwój nauki”. Takich przypadków było co najwyżej kilka i nie miały one realnego wpływu na naukowe dociekania Europejczyków.
Ten krótki z konieczności szkic jest tylko powierzchownym przedstawieniem tematu i zainteresowanych zdecydowanie namawiam do własnych studiów. Literatura tematu jest na tyle obszerna, że kto chce, ten na pewno coś dla siebie znajdzie. Warto trochę poczytać, choćby po to, żeby nikt nam nie wciskał oderwanych od faktów bajek – tak jak to od dawna robiono z tą sprawę. Zapewne chcielibyście na koniec zadać jedno, zasadne pytanie – skoro „Europa stosów” była faktem … a była …. to kto rozpalał te wszystkie stosy, jeżeli w zdecydowanej większości nie inkwizycja? O tym przeczytacie w kolejny odcinku.





piątek, 15 kwietnia 2022

Putler ... czyli dwa oblicza BESTII

 

Putler … czyli dwa oblicza BESTII

W dyskusjach wokół rosyjskiej inwazji na Ukrainę pojawia się często porównanie Putina i jego państwa do Hitlera i III Rzeszy. Czy jest to zestawienie merytorycznie zasadne? Przyjrzyjmy się detalom.
Osoby
W obu przypadkach mamy starzejących się dyktatorów, którzy goniąc za urojeniami młodości wywołali wielkie awantury stawiając własne kraje i światowe bezpieczeństwo na krawędzi. Hitlerowi zachciało się „przestrzeni życiowej” na wschodzie Europy a Putinowi ekshumacji sowieckiego Imperium. Hitler pod koniec panowania całkowicie utracił kontakt z rzeczywistością i zamknął się w kręgu okłamujących go dworaków. Brzmi znajomo? To samo stało się z Putinem. Otoczył się pochlebcami i złodziejami, którzy szczelnie odizolowali „cara” od prawdy, podając mu tylko to, co chciał od nich usłyszeć. Dlatego w ogóle wybuchła tak totalnie absurdalna wojna jaką jest inwazja na Ukrainę. Oczywiste podobieństwa same się narzucają. Są też jednak różnice. Hitlerowi nie można odmówić osobistej odwagi. Był żołnierzem frontowy, dwukrotnie odznaczonym Krzyżem Żelaznym. Po latach zmienił się i od zamachu Stauffenberga dławił go coraz bardziej obsesyjny strach o własne bezpieczeństwo. Putin nigdy nie był na żadnej wojnie. Długo kreował swój „bohaterski wizerunek”, ale w ostatnich latach okazało się dobitnie, że jest w gruncie rzeczy zwykłym tchórzem. Coraz większe obawy o własne bezpieczeństwo doprowadził ostatnio wręcz do karykatury. Jej symbolem może być „wielki stół” przy którym rosyjski dyktator rozmawia ze swoimi dworzanami.
Kult
Hitlera otaczał kreowany i starannie podtrzymywany przez państwową propagandę, wszechogarniający kult jednostki. Osoba Wodza stała się niemal personifikacją państwa. Jego wodzostwo wyniesiono niemal do boskości. Hitler wszystko wiedział najlepiej, wszystko rozumiał, wszystko przewidywał i wszystko genialnie planował. Cokolwiek ponad ślepe wykonywanie rozkazów Wodza uważano w zasadzie za zdradę. Kult Putina rozwijał się stopniowo. Początkowo miał formę takich w gruncie rzeczy śmiesznostek jak np. ciągłe podkreślanie doskonałej kondycji fizycznej. Wszystko rozwijało się wraz ze stopniowym dławieniem opozycji i przejmowaniem kontroli nad mediami. Dzisiaj dyktatora otacza już propaganda totalna, kreowana tak samo jak za Goebbelsa, tak samo wszechobecna jak w III Rzeszy Hitlera i tak samo totalnie zakłamująca rzeczywistość.
Wizja
Co pchało Hitlera i pcha dzisiaj Putina? Na pewno generalne dążenie do podniesienia międzynarodowej pozycji swojego państwa i pragnienie naprawienia wyrządzonych im krzywd. . Hitler chciał odwrócić skutki Traktatu Wersalskiego i przywrócić Niemcom ich mocarstwową pozycję. Putin od początku jako zasadniczy cel swoich rządów deklarował odwrócenie skutków upadku Związku Radzieckiego i odnowienie Imperium. Na tym jednak kończą się podobieństwa. Hitler bez wątpienia był BESTIĄ, ale postrzegał swoje podboje przede wszystkim jako drogę zapewnienia dobrobytu zwykłym Niemcom. Dlatego za jeden z głównych celów swoich działań uznał zdobycie „przestrzeni życiowej” (terenów dla kolonizacji) na wschodzie Europy. Oczywiście wiele działań podjętych przez nazistów jeszcze przed wojną (inwestycje infrastrukturalne, programy socjalne) miało w tle również cele militarne, przygotowujące państwo do przyszłych podbojów. Wszystko było jednak podporządkowane strategii, która przez wojnę miała wynieść Niemcy na szczyty polityczne, ale też cywilizacyjne. Putina los milionów zwykłych Rosjan faktycznie w ogóle nie obchodzi. Jego celem zawsze było imperium, którego sensem miała być wyłącznie chwała zewnętrzna. Realnie nie zrobił niczego dla podźwignięcia kraju z katastrofalnego zacofania, w którym do dzisiaj żyją tam dziesiątki milionów. Wręcz przeciwnie. Od początku obstawił się złodziejami, którzy za jego przyzwoleniem okradali państwo de facto z jego … przyszłości. Jak się właśnie okazało, skala tego złodziejstwa totalnie wymknęła się spod kontroli i dyktator właśnie się o tym dowiaduje dzięki klęskom jego armii na Ukrainie.
Wróg
Aby zjednoczyć wokół siebie naród Hitler i Stalin potrzebowali wroga. Dla pierwszego taki wrogiem byli oczywiście Żydzi. To właśnie ich uznał za główne źródło niemieckich nieszczęść i to ich wyniszczenie miało dać Niemcom "Tysiącletnią Rzeszę". Było to czyste szaleństwo, przez które Niemcy wymordowali najpierw bodaj najbardziej zasymilowaną diasporę w kontynentalnej Europie, a potem miliony niewinnych ludzi, którzy najczęściej nigdy w żaden sposób nie zaszkodzili Niemcom. Żydami Putina są dzisiaj Ukraińcy. To ich w swoim obłędzie uznał za główną przeszkodę dla wymarzonej odbudowy sowieckiego Imperium. Metody "walki z wrogiem" w obu przypadkach są dokładnie takie same - bezwzględne, totalnie wyprane z człowieczeństwa LUDOBÓJSTWO.
Powyższy szkic jest krótki, bo pełne omówienie tematu wymagałoby kilku takich artykułów. Zainteresowanych zapraszam do dyskusji. 

wtorek, 15 lutego 2022

Największe zbrodnie XX wieku

 

Największe zbrodnie XX wieku

Izrael i Stany Zjednoczone próbują narzucić nam narrację wedle której niemiecki Holocaust na Żydach był „największą i najstraszniejszą” zbrodnią w historii ludzkości. Przyjrzyjmy się bilansowi największych masowych zbrodni XX wieku:

1. Komunistyczne represje w ZSRR do 1956 – około 60 milionów ofiar śmiertelnych (wg Sołżenicyna). Robert Conquest podaje liczbę około 20 milionów.
2. Polityka „Wielkiego Skoku” w Chinach – ok. 45 milionów zmarłych z głodu, zamordowanych i zamęczonych.
3. Zbrodnie reżimu Pol – Pota w Kambodży – minimum 1,7 miliona (według innych ocen 2.5 do 3 milionów) ofiar śmiertelnych.
4. Sieć „obozów pracy” w Chinach – od 15 do 27 milionów zamordowanych i zamęczonych.
5. Niemieckie zbrodnie na cywilnych obywatelach ZSRR oraz jeńcach wojennych – około 10 milionów ofiar śmiertelnych (w tym ok. 1,4 miliona Żydów). Do tego około 6 milionów osób cywilnych zmarłych na skutek chorób i głodu związanych z wojną.
6. NIEMIECKI Holocaust na Żydach – maksymalnie do 6 milionów ofiar śmiertelnych (łącznie z Żydami z ZSRR). 
7. „Wielki Głód” na Ukrainie w czasach stalinowskich – około 4 miliony (według innych ocen nawet 2-krotnie więcej).
8. Rewolucja kulturalna w Chinach – około 5 milionów zamordowanych i zamęczonych.

Każda zbrodnia jest czymś absolutnie nieludzkim, jednak manipulowanie historią dla politycznych czy wymiernych korzyści to coś takiego …. jakby te miliony ofiar jeszcze raz mordowano.

wtorek, 23 czerwca 2020

Co nam Niemiec ukradł ...

Rabunek zbiorów warszawskiej Zachęty (jesień 1944 r.).

    Straty polskiej kultury w II Wojnie Światowej (niemieckie rabunki)

Powojenne szacunki utraconych przez Polskę dzieł sztuki i wywiezionych przez okupanta niemieckiego (obejmujące tylko zbiory udokumentowane), wskazują na ubytek ok. 2,8 tys. obrazów znanych europejskich szkół malarskich, 11 tys. obrazów autorstwa malarzy polskich, 1,4 tys. wartościowych rzeźb, 15 mln książek z różnych okresów, 75 tys. rękopisów, 22 tys. starodruków, 25 tys. map zabytkowych, 300 tys. grafik, 50 tys. rękopisów muzealnych, 26 tys. bibliotek szkolnych, 4,5 tys. bibliotek oświatowych i 1 tys. bibliotek naukowych (łączne straty bibliotek wyniosły ok. 22 000 000 woluminów), oraz wiele innych nieudokumentowanych eksponatów i przedmiotów wartościowych (m. in. 5 tys. dzwonów kościelnych).

Ogółem, okupant niemiecki dokonał w okupowanej Polsce rabunku ok. 516 000 pojedynczych dzieł sztuki, o wartości szacunkowej 11,14 miliardów dolarów (według kursu z 2001).

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Polski bilans I wojny światowej

Kalisz – zniszczone domy przy ul. Wrocławskiej (1915 r.).

Polski bilans I wojny światowej

W kolejną rocznicę wybuchu I Wojny Światowej warto przypomnieć sobie, jaki był jej polski bilans. Najważniejsze w tym podsumowaniu jest z pewnością to, że odzyskaliśmy niepodległość. Tragiczne doświadczenia następnej wojny światowej zupełnie przesłoniły jednak w naszej pamięci olbrzymie straty poniesione w latach 1914-18. Były one szczególnie dotkliwe w wymiarze ludzkim. Już w pierwszych tygodniach wojny miliony młodych Polaków w mundurach zaborczych armii ruszyło na różne fronty bić się pod przymusem za sprawę swoich okupantów. Miary tragedii dopełniło to, że stawali niejednokrotnie przeciwko sobie. Takie bratobójcze w gruncie rzeczy walki zdarzały się na froncie wschodnim, gdzie polscy rekruci z Pomorza, Wielkopolski, Śląska i Galicji musieli bić się z Polakami wcielonymi do armii rosyjskiej. Ogółem na wszystkich trzech frontach I wojny światowej według współczesnych szacunków zginęło ok. 400 tysięcy Polaków. Co najmniej drugi tyle odniosło rany, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Straty polskiej ludności cywilnej przez 4 lata I wojny oceniane są na 250-300 tysięcy zabitych, zmarłych z ran, chorób i z głodu, który był prawdziwą tragedią na obszarach zniszczonych przez wojnę. Liczba cywilów rannych na skutek działań różnych armii jest praktycznie nie do oszacowania.
Ziemie polskie poniosły również ogromne straty gospodarcze. Na terenie Królestwa Polskiego i Galicji przepadła większość dorobku pokoleń „pracy organicznej”. Prawie 80 procent przemysłu na tych terenach zostało obrabowane i wywiezione, albo zniszczone w wyniku działań wojennych. Akcję grabienia polskiej gospodarki zapoczątkowali Rosjanie w czasie odwrotu z „Kongresówki”, dewastując min. zakłady Warszawy i Białegostoku. Niemcy okupację Królestwa Polskiego wykorzystali min. do bezwzględnego rabunku łódzkich fabryk. Wywożąc ich maszyny i zapasy pozbywali się groźnego konkurenta dla ich własnego przemysłu włókienniczego. Skala ich grabieży w Królestwie była taka, że nie przepuścili nawet dzwonom kościelnym, konfiskowanym na cele wojenne. To przede wszystkim te działania spowodowały, że gdy skończyła się wojna o niepodległość Polska wchodziła w niezależny byt zaledwie z 14% procentami swojego przemysłu z 1914 roku. Sytuację nieco polepszyło zajęcie części Górnego Śląska, ale nawet z nim mieliśmy zaledwie jedną trzecią przedwojennego potencjału.
Ogromne były również straty w infrastrukturze. W latach 1914-18 ziemie polskie straciły większość taboru kolejowego (po wojnie bolszewickiej sumę strat szacowano na ok. 90%). Zniszczono również wiele torowisk oraz mostów i wiaduktów. Na terenie Królestwa Polskiego, Galicji, oraz województw wileńskiego, nowogródzkiego i białostockiego utracono około 40% murowanych budynków (w sumie ok. 1,8 mln). Takie ośrodki jak Kalisz czy Gorlice zostały praktycznie zrównane z ziemią. Zniszczenia średnich i małych miast były szczególnie dotkliwe w lubelskiem i sandomierskiem. Zabudowane murowanymi kamienicami miejscowości z prawami miejskimi po katastrofalnych zniszczeniach z lat 1914-15 zmieniały się w drewniane wioski. Katastrofalne ubytki zanotowała sieć szkolna, tracąc przeszło 6 tysięcy murowanych budynków. Zniszczonych zostało prawie 2 tysiące kościołów.
Na terenach objętych działaniami wojennymi gigantyczne straty poniosło rolnictwo. Rabowane solidarnie przez wszystkie walczące armie utraciło min. 1,5 miliona sztuk bydła oraz ok. 900 tysięcy koni. W Galicji dewastacja wojenna dewastacja terenów rolniczych sprawiła, że np. areał uprawy zbóż spadł po wojnie o ponad połowę wobec stanu z 1914 roku. Straty były generalnie tak katastrofalne, że wedle oceny amerykańskiej komisji pomocowej pod przewodnictwem Herberta Hoovera ok. 13 milionom mieszkańców dawnej „kongresówki” i terenów pogalicyjskich na początku lat dwudziestych …. groziła śmierć głodowa.
Takie było tragiczne dziedzictwo, z którym II Rzeczpospolita wchodziła w dwudziestolecie niezależnego bytu. Trzeba było długich lat, abyśmy chociaż zaczęli odrabiać to, co zniszczyła i rozkradła „spółka” niemiecko – rosyjska.

niedziela, 21 czerwca 2020

Cudze winy i wojny ....

Rozstrzelanie Polaków na Starym Rynku w Bydgoszczy (wrzesień 1939)
Jedna z niezliczonych chwil tamtego czasu ...

Cudze winy i wojny .....

Policjant mający problemy z agresją, przeszkolony przez instruktora bez wyobraźni, za mocno przydusił naćpanego bandziora i na skutek tej śmierci … Zachód oszalał. W USA zapłonęły miasta, oszalały z nienawiści tłum plądrował sklepy i składy (co ciekawe nigdy banki) i niszczył pomniki „rasistów” (np. waszyngtoński pomnik Kościuszki!). Do tego pokazówki publicznego poniżania białych Amerykanów ekspiacją za nieswoje winy, zmuszaniem do klękania, całowania butów itp. Szaleństwo już rozlało się na zachodnią Europę … i niestety dotarło też do Polski. W ostatnich tygodniach w Poznaniu, Gdańsku, Warszawie i Krakowie aktywiści i politycy lewicy zorganizowali kilka młodzieżowych „protestów przeciwko rasizmowi”, wprost nawiązujących do śmierci Georga Floyda i ruchu „Black live matter” („Czarne życie ważne”). Pozwolę sobie uznać te „iwenty” nie tylko za absurdalne, ale też wybitnie szkodliwe dla międzynarodowego wizerunku Polski i dla naszych geopolitycznych interesów. Na początek zwróćcie proszę uwagę, że te wszystkie marsze niosły w zdecydowanej większości hasła spisane po angielsku, a to o czymś świadczy – ustawiono je ewidentnie na zagraniczny odbiór i na ocenę prościutką jak przysłowiowa konstrukcja cepa - „protestują, więc jest problem”. Absurdalne? Oczywiście - przede wszystkim dlatego, że Polacy nigdy nie handlowali afrykańskimi niewolnikami i nigdy ich nie wykorzystywali do niewolniczej pracy. Nie mieliśmy i nie mamy żadnego wpływu na sytuację Murzynów w USA ani w żadnym z krajów Europy Zachodniej. Nie mamy w związku z tym żadnych historycznych przewin ani tym bardziej żadnych społecznych czy politycznych długów. Czy mamy w Polsce jakiś szczególny rasizm wobec Murzynów i w ogóle jakichś mniejszości? Jak wszędzie także i u nas zdarzają się rasistowskie zachowania, ale nawet w przybliżeniu nie mamy z tym takiego problemu, jak praktycznie wszystkie kraje „starej Unii”. Niestety, organizowanie tych „protestów przeciwko rasizmowi” sugeruje coś dokładnie odwrotnego. Nie dość, że wkręcamy naszą młodzież w zupełnie obcą nam awanturę, to jeszcze sami siebie wyjątkowo głupio oczerniamy i oduczamy młodych szacunku dla ich własnej historii. Zastanówcie się proszę, czy my na pewno powinniśmy jakoś extra spektakularnie emocjonować się „niewolą Murzynów w USA” …. jeżeli udziałem naszych przodków były znacznie gorsze historie? Tak … dobrze przeczytaliście … ZNACZNIE GORSZE. Zacznijmy najpierw od przyjrzenia się, jak naprawdę wyglądało niewolnictwo Murzynów w USA. Nasze współczesne wyobrażenia na ten temat to zbitka obrazów z XIX wiecznych powieści i XX wiecznych filmów, mająca raczej niewiele wspólnego z realną historią. Jeżeli dwieście lat temu właściciel plantacji gdzieś na południu USA kupował niewolników, to była to dla niego droga inwestycja. Aby się zwróciła niewolnicy musieli efektywnie pracować, a to z kolei wymagało co najmniej przyzwoitego wyżywienia, zakwaterowania i traktowania (żeby się ciągle nie buntowali). Owszem, bywali też właściciele źle traktujący niewolników. Zdarzało się okrucieństwo a nawet zbrodnie. Jednak nawet na żyjącym z niewolnictwa Południu takie traktowanie Murzynów jeszcze przed Wojną Secesyjną było w zasadzie powszechnie potępiane. Jako ciekawostkę można dodać, że w niektórych stanach nawet jedna czwarta niewolników była własnością murzyńskich wyzwoleńców (!). W tym samym czasie na północy USA przeciętny fabrykant w ogóle nie musiał troszczyć się o swoich robotników. Dzisiaj chyba w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, że byli oni realnie znacznie tańsi od niewolników (których wysokie koszty były jedną z przyczyn gospodarczego upośledzenia Południa). Jeżeli jakiś robotnik zmarł z przemęczenia i niedożywienia, albo zabiła go choroba którą złapał w brudnej norze zwanej mieszkaniem …. to na jego miejsce natychmiast zgłaszało się kilku innych. Tą zdumiewającą różnicę doskonale widzieli i wielokrotnie opisywali publicyści tamtego czasu.
Okrucieństwo niewolnictwa nie polegało na tym, że „bat świszczał”, bo to raczej późniejsze bajki niż reguła. Perfidia i podłość „tej instytucji” polegała przede wszystkim na odczłowieczeniu niewolnika przez sprowadzenie go do przedmiotu i narzędzia oraz pozbawienie go wolnej woli, prawa do własności a nawet prawa do nienaruszalności rodziny – które to prawa uważamy wszak za fundament naszej cywilizacji. Dlatego nikt nigdy nie powinien doświadczać okropności niewolnictwa.
Jeżeli dzisiaj niektórzy okazali się na tyle bezrozumni, żeby plątać polską młodzież w nie nasze winy i wojny, to powinniśmy im jednak przypomnieć, że Murzyni w USA mimo wszystko nie doświadczyli tego, co stało się udziałem wielu pokoleń Polaków. Nie ginęli w dziesiątkach tysięcy w Powstaniach o wolność. Nie mordowano ich setkami tysięcy w niemieckich lagrach i sowieckich łagrach. Nie umierali masowo z głodu i zimna na „Nieludzkiej Ziemi”. Nie doświadczyli rzezi Pragi czy masakry Woli. Nie ginęli tysiącami w bezimiennych dołach Piaśnicy czy Katynia. Czy ktoś poza nami w ogóle pamiętam i przejmuje się tym, co przeżyli nasi przodkowie? Nikt się nami nie przejmował, nie przejmuje i przejmować nie będzie … o ile nie ugra na tym „przejmowaniu” czegoś konkretnego. Wierzącym w „sprawiedliwość i dobro” rządzące „globalną wioską” polecam to, co Bolesław Prus zapisał swego czasu w „Kronikach Tygodniowych” - „Gdyby nas nawet setkami tysięcy topiono, wbijano na pale, obdzierano ze skóry, pieczono na wolnym ogniu – w całej sympatycznej Europie nikt palcem nie ruszy, nikt nie otrząśnie popiołu z cygara”. Okropne? Oczywiście, ale przede wszystkim prawdziwe. Taki już jest ten świat i przekonanie, że jest inaczej to tylko dziecięca naiwność.
To, co się dzisiaj dzieje z zachodnią cywilizacją przetrwają tylko ci, którzy potrafią rozumnie pilnować własnych spraw. Jest nas trzydzieści kilka milionów, mamy swoje państwo i elementarny rozsądek nakazuje troszczyć się dzisiaj o to, aby było ono dobrym domem dla swoich obywateli (bez względu na ich pochodzenie), godnym marzeń naszych przodków. Cudze historie i cudze wojny, na które i tak nie mamy żadnego realnego wpływu, zostawmy tym, którzy je wywołują i tym, których one w ogóle dotyczą.

piątek, 19 czerwca 2020

Żydzi Żydom

Funkcjonariusze żydowskiej Policji w getcie warszawskim.

Jüdischer Ordnungsdienst (dosł. Żydowska Służba Porządkowa, potocznie policja żydowska albo tzw. odmani) to w okresie II wojny światowej podległe częściowo Judenratom, kolaborujące z nazistowskimi Niemcami, żydowskie jednostki policyjne wewnątrz gett, obozów pracy oraz obozów koncentracyjnych. Wykorzystywano je do rekwizycji, łapanek, eskortowania przesiedleńców oraz akcji deportacyjnych.
Od grudnia 1940 pierwszym nadkomisarzem Żydowskiej Służby Porządkowej (SP) getta warszawskiego był Żyd Józef Andrzej Szeryński, który przeszedł na chrześcijaństwo i zmienił nazwisko z Szenkman, Szynkman bądź Szeinkman. Szeryński był znany ze swojego antysemityzmu i jest podawany jako przykład "nienawidzącego siebie Żyda".
Według historyka Raula Hilberga w getcie warszawskim służbę pełniło ok. 2500 żydowskich policjantów (komisarzem był Józef Andrzej Szeryński, a przejściowo Jakub Lejkin), w getcie łódzkim było 1200 osób, a w getcie lwowskim - 500 policjantów z Ordnungsdienstu. Jednostki te, pozbawione prawa posiadania i używania broni palnej, uzbrojone jedynie w pałki, były umundurowane oraz oznaczone odpowiednimi opaskami.
W swoich wspomnieniach z okresu służby w tych oddziałach, Anatol Chari opisuje pracę przy eskortowaniu dostaw żywności, ochronie czy magazynów żywności, kontroli pracowników piekarni, patrole nakierowane na konfiskatę żywności u mieszkańców. Wskazuje również na udział żydowskich służb porządkowych w oszustwach przy obrocie deficytową w getcie żywnością, wymuszaniu usług seksualnych za żywność. Dramatyczny mają wydźwięk relacje z przygotowania transportów do obozów zagłady, obejmujących coraz to nowe grupy mieszkańców getta.
Funkcjonariuszami byli zwykle młodzi ochotnicy, zajmujący się utrzymaniem porządku w getcie, choć uczestniczący także w patrolach po getcie prowadzonych przez niemieckich żołnierzy oraz wartach przy wejściach do dzielnicy żydowskiej. Szczególnie negatywnie wśród mieszkańców gett odbierano udział funkcjonariuszy w pacyfikacji dzielnicy oraz ich pomoc w organizacji wywozu ludzi do obozów zagłady. W większości dużych gett funkcjonariusze policji żydowskiej zostali wymordowani lub wysłani do obozów koncentracyjnych w momencie likwidacji dzielnicy.

-----------------------------------------
Cytaty:
"Żydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i żandarmów spadała na getto jak banda dzikich zwierząt. Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał siedem osób, aby je poświęcić na ołtarzu dyskryminacji. Przyprowadzał ze sobą kogokolwiek mógł schwytać - przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą" Bernard Goldstein. Five Years in the Warsaw Ghetto. Dolphin, Doubleday. New York, 1961).

--------------------------------

"Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swoich braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość oficerów była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swoich braci". (Emanuel Ringelblum, Kronika getta warszawskiego, oprac. Artur Eisenbach, wyd. Czytelnik, Warszawa 1988, s. 426).

---------------------------------

"Policja żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zbójców, którzy na ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag?" (Emanuel Ringelblum, Kronika getta warszawskiego, oprac. Artur Eisenbach, wyd. Czytelnik, Warszawa 1988,s. 427)

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jüdischer_Ordnungsdienst

http://www.sztetl.org.pl/pl/term/484,policja-zydowska/

http://www.lodzgetto.pl/policja_zydowska.html,11