Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lipca 2020

Różnorodność ... dobra i zła

Podlasianie - Rusini i Żydzi (1 poł. XIX wieku). 
Mal. J. Lewicki.

Różnorodność ... dobra i zła 

Różnorodność, tak bezwzględnie fetyszyzowana przez współczesną lewicę, sama w sobie – jako wielość źródeł kulturowych - nie jest ani dobra, ani zła. Wszystko zależy od kontekstu i od tego, że dobrze służy społeczeństwu czy też mu szkodzi. Możemy tą różnorodność jako proces społeczny podzielić dwojako. W historii powstawała często jako proces niejako naturalny, kształtujący się w dłuższym czasie przez splot różnych czynników bez silnej, odgórnej presji. W ten właśnie sposób, przez dobrowolne mieszanie różnych grup etnicznych i różnych kultur powstało unikalne dziedzictwo kulturowe I Rzeczypospolitej z jego oszałamiającą ilością źródeł. 
Na początku trzeba zaznaczyć, że proces ten przebiegał różnie w różnych dzielnicach. W  „starych ziemiach” Królestwa Polskiego i wszędzie tam, gdzie przeważał polski żywioł odbywało się to przez splot zapożyczeń z polskim rdzeniem kulturowym. Przykładem może być tutaj dogłębna polonizacja ogromnych rzesz Niemców osiedlających się w Polsce od średniowiecza. Na koronnych i litewskich ziemiach ruskich, na których Polacy byli elitarną mniejszością, polskość była zapożyczeniem splatającym w różnym stopniu się z ruskim rdzeniem. Podobnie było z wpływami ormiańskimi, niemieckimi, włoskimi, holenderskimi, tatarskimi czy nawet z zewnętrznymi wpływami tureckimi. 
Proces ten zachodził również w odwrotnymi kierunku oraz generował związki wzajemne między samymi zapożyczeniami. Dodajmy jeszcze Żydów, tworzących własne enklawy i z reguły w ogóle się nie asymilujących, ale też w różnym stopniu wpływających na kulturę innych nacji Rzeczypospolitej. Wszystko to wytworzyło obszar unikalny kulturowo i dziedzictwo, którego … chyba nie są dzisiaj świadomi nawet jego bezpośredni spadkobiercy – narody żyjące na dawnym obszarze I Rzeczypospolitej. Nawet my, Polacy, często nie rozumiemy jak bogatą, jak unikalną kulturę odziedziczyliśmy po naszych staropolskich przodkach. Tylko dlatego niektórym z nas wydaje się, że potrzebujemy dzisiaj jakiegoś „kulturowego ubogacenia” w zachodnim stylu. Zdecydowanie NIE, tym bardziej, że to co nam proponują zwolennicy "multikulti" jest dokładnym zaprzeczeniem różnorodności jako naturalnego skutku dobrowolnego mieszania różnych wpływów kulturowych. To, co w tej chwili dzieje się w świecie zachodnim jest procesem całkowicie odgórnym, z bardzo konkretnym programem ideologicznym i politycznym. Jego główną dysfunkcją jest założenie, że można mieszać na jednym terenie grupy całkowicie różne kulturowo bez efektywnych mechanizmów asymilacyjnych. Na razie taka polityka doprowadziła tylko do utworzenia gett etnicznych, generujących niezliczone patologie społeczne i kulturowe. Nie ma tutaj mowy o żadnym „mieszaniu kultur” i jakieś pozytywnej różnorodności. Jest za to coraz bardziej eskalujący konflikt – który prędzej czy później eksploduje w masowej przemocy. Tak kreowana "różnorodność" jest bezdyskusyjnie zła i prowadzi wyłącznie do stopniowego chaosu i destrukcji społeczeństwa.
Mamy dzisiaj unikalną szansę uczyć się na doświadczeniach Zachodu i unikać jego błędów. Aby wyciągnąć z tej nauki rozumne wnioski musimy jednak najpierw poznać bogactwo naszego dziedzictwa – kultury I Rzeczypospolitej. Jako wstęp polecam serię filmików poświęconych kulturowym źródło naszego dziedzictwa.


czwartek, 25 czerwca 2020

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Litwacy

Car Aleksander III Romanow - jego polityka zintensyfikowało 
na ziemiach polskich osadnictwo rosyjskich Żydów ("litwaków").

Litwacy

Pomysł był iście diabelski. Pozbyć się niechcianej grupy, „podrzucając” ją przy okazji Polakom, aby rozpalić konflikty, które odciągnęłyby ich od „knucia” przeciwko imperium (albo przynajmniej ograniczyły ich aktywność w tej materii). Niestety, częściowo udało się …..
Strefy osiedlenia hamujące napływ polskich Żydów na ziemie imperium rosyjskiego po raz pierwszy uchwaliła caryca Katarzyna II, która w grudniu 1791 roku wypędziła z Rosji wszystkich Żydów na ziemie zaboru polskiego. Dodatkowo zabroniono im tam osiedlania się w miastach. Ukaz częściowo cofnął Aleksander I, otwierając miasta na wschodniej Białorusi i Ukrainie dla bogatych kupców i wojskowych pochodzenia żydowskiego. Od 1862 roku w Królestwie Polskim Żydzi zyskali dzięki staraniom Aleksandra Wielopolskiego częściowe równouprawnienie. Trudno więc dziwić się, że gdy w 1868 roku zniesiono ograniczenia w przemieszczaniu się ludności żydowskiej między „kongresówką” i resztą imperium upośledzeni polityczni i społecznie rosyjscy Żydzi gremialnie ruszyli na zachód. Nasilenie tej migracji przyniosły zmiany w wewnętrznej polityce Rosji pod koniec stulecia. Gwałtowną eksplozję rosyjskiego antysemityzmu spowodował skuteczny zamach na cara Aleksandra II (13 marca 1881 r.). Chociaż dokonał go Polak Ignacy Hryniewiecki, to opinia publiczna oskarżyła o współudział Żydów. Doprowadziło to na początku lat 90-tych do wypędzenia do Żydów z Petersburga, Moskwy, północnej Białorusi i Litwy. Tym razem za granicę strefy osiedlenia uznano wschodnią granicę Królestwa Polskiego.
Żydów przesiedlonych w ten sposób na ziemie polskie nazywano powszechnie, choć cokolwiek nieprecyzyjnie, litwakami. Ich pierwsza fala liczyła około 70-tysięcy rodzin. Druga, jeszcze większa przybyła w latach 1905 – 1907 . W sumie było to ponad 600 tysięcy osób. Osiedlali się najchętniej we wielkich ośrodkach miejskich i przemysłowych (szczególnie Łódź i Warszawa).
O ile napływ litwaków miał pozytywny wpływ na gospodarkę Królestwa (było wśród nich wielu ludzi nowocześnie wykształconych i bogatych), to przyniósł fatalne skutki dla stosunków polsko – żydowskich. Litwacy w większości byli już zasymilowani do kultury rosyjskiej. Nie znali polskiego i posługiwali się rosyjskim (ew. litewskim jidysz). Nie utożsamiali się z kulturą i historią Rzeczypospolitej. Dzięki swojej liczebności oraz sile ekonomicznej (wynikającej po części ze znajomości języka rosyjskiego oraz rynków cesarstwa), z czasem praktycznie zdominowali liberalną część polskich Żydów. Przyczyniła się do tego również polityka carskiej administracji, aktywnie wspierającej zrusyfikowanych litwaków wobec asymilujących się „starych” Żydów.
Litwacy zwalczali podjęte przez polskich Żydów na początku XIX wieku dzieło asymilacji, odcinając się od polskich dążeń narodowych i propagując wśród szerokich mas żydowskich de facto prorosyjski separatyzm. Zrujnowali w ten sposób proces, który również dla nich samych mógł być wielką szansą. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że litwacy uciekając przez represyjnością oficjalnej polityki w rosyjskich guberniach imperium sami (świadomie lub nie, ale jednak) stali się jej narzędziem przeciwko Polakom. Zgodnie z dążeniami imperialnej administracji zadziałała stara jak historia cywilizacji zasada „dziel i rządź”. Polacy od początku traktowali litwaków niechętnie postrzegając, nie bez racji, jako narzędzie polityki rusyfikacyjnej. Osadnictwo rosyjskich Żydów mocno ograniczało polskie wpływy polityczne i gospodarcze, w oczywisty sposób osłabiając opór przeciwko zaborcy. Gdyby Polska istniała jako niezależne państwo na całości swoich ziem to litwaków zasymilowano by prędzej czy później. Mały rosyjski protektorat, jakim była „kongresówka”, po prostu nie miał potencjału, aby poradzić sobie z takim problemem. Dlatego duże skupiska ludności separującej się od polskich dążeń narodowych, a powstające na ziemiach polskich jako skutek imperialnej polityki, były iskrą rozpalającą konflikty, które dotąd tliły się gdzieś na politycznym marginesie. Skutki były fatalne, a ich dziedzictwo wlecze się za nami do tej pory.
Litwackie osadnictwo rozpaliło również konflikt między samymi Żydami. Przede wszystkim negatywnie przyjęli ich żydowscy ortodoksi. Kiedy w odrodzonej Polsce ponownie znalazły się społeczności małopolskich chasydów wybuchła niemal wojna religijna między obiema społecznościami („Wilno vs Ukraina”). Chasydzi nazywali litwaków „szajgecami” (co w tym kontekście oznaczało „nierozsądnych młodzieńców”) zarzucając ich religijności intelektualny scholastycyzm. Z kolei wykształceni litwacy odpłacali „ciemnym” chasydom pogardą, oskarżając ich o prymitywizm i zabobony. Zajadłość tego sporu była taka, że obie strony nie potrafiły porozumieć się aż do tragicznego końca. Opozycją wobec litwaków byli również Żydzi „reformowani”, postrzegający swoich zrusyfikowanych pobratymców jako konkurencję gospodarczą i przeciwników w dążeniu do asymilacji i związania polskich Żydów z polskimi ruchami niepodległościowymi.
Konflikty rozpętane przez osadnictwo litwaków to tylko jeden z długiej listy fatalnych skutków utraty własnej państwowości i zaborów. Z ich dziedzictwem nigdy nie poradziła sobie II Rzeczpospolita, jako państwo zbyt słabe ekonomicznie, politycznie, a ponad wszystko zbyt krótko istniejące. Wszystko zakończyła tragedia II wojny światowej.

niedziela, 21 czerwca 2020

Cudze winy i wojny ....

Rozstrzelanie Polaków na Starym Rynku w Bydgoszczy (wrzesień 1939)
Jedna z niezliczonych chwil tamtego czasu ...

Cudze winy i wojny .....

Policjant mający problemy z agresją, przeszkolony przez instruktora bez wyobraźni, za mocno przydusił naćpanego bandziora i na skutek tej śmierci … Zachód oszalał. W USA zapłonęły miasta, oszalały z nienawiści tłum plądrował sklepy i składy (co ciekawe nigdy banki) i niszczył pomniki „rasistów” (np. waszyngtoński pomnik Kościuszki!). Do tego pokazówki publicznego poniżania białych Amerykanów ekspiacją za nieswoje winy, zmuszaniem do klękania, całowania butów itp. Szaleństwo już rozlało się na zachodnią Europę … i niestety dotarło też do Polski. W ostatnich tygodniach w Poznaniu, Gdańsku, Warszawie i Krakowie aktywiści i politycy lewicy zorganizowali kilka młodzieżowych „protestów przeciwko rasizmowi”, wprost nawiązujących do śmierci Georga Floyda i ruchu „Black live matter” („Czarne życie ważne”). Pozwolę sobie uznać te „iwenty” nie tylko za absurdalne, ale też wybitnie szkodliwe dla międzynarodowego wizerunku Polski i dla naszych geopolitycznych interesów. Na początek zwróćcie proszę uwagę, że te wszystkie marsze niosły w zdecydowanej większości hasła spisane po angielsku, a to o czymś świadczy – ustawiono je ewidentnie na zagraniczny odbiór i na ocenę prościutką jak przysłowiowa konstrukcja cepa - „protestują, więc jest problem”. Absurdalne? Oczywiście - przede wszystkim dlatego, że Polacy nigdy nie handlowali afrykańskimi niewolnikami i nigdy ich nie wykorzystywali do niewolniczej pracy. Nie mieliśmy i nie mamy żadnego wpływu na sytuację Murzynów w USA ani w żadnym z krajów Europy Zachodniej. Nie mamy w związku z tym żadnych historycznych przewin ani tym bardziej żadnych społecznych czy politycznych długów. Czy mamy w Polsce jakiś szczególny rasizm wobec Murzynów i w ogóle jakichś mniejszości? Jak wszędzie także i u nas zdarzają się rasistowskie zachowania, ale nawet w przybliżeniu nie mamy z tym takiego problemu, jak praktycznie wszystkie kraje „starej Unii”. Niestety, organizowanie tych „protestów przeciwko rasizmowi” sugeruje coś dokładnie odwrotnego. Nie dość, że wkręcamy naszą młodzież w zupełnie obcą nam awanturę, to jeszcze sami siebie wyjątkowo głupio oczerniamy i oduczamy młodych szacunku dla ich własnej historii. Zastanówcie się proszę, czy my na pewno powinniśmy jakoś extra spektakularnie emocjonować się „niewolą Murzynów w USA” …. jeżeli udziałem naszych przodków były znacznie gorsze historie? Tak … dobrze przeczytaliście … ZNACZNIE GORSZE. Zacznijmy najpierw od przyjrzenia się, jak naprawdę wyglądało niewolnictwo Murzynów w USA. Nasze współczesne wyobrażenia na ten temat to zbitka obrazów z XIX wiecznych powieści i XX wiecznych filmów, mająca raczej niewiele wspólnego z realną historią. Jeżeli dwieście lat temu właściciel plantacji gdzieś na południu USA kupował niewolników, to była to dla niego droga inwestycja. Aby się zwróciła niewolnicy musieli efektywnie pracować, a to z kolei wymagało co najmniej przyzwoitego wyżywienia, zakwaterowania i traktowania (żeby się ciągle nie buntowali). Owszem, bywali też właściciele źle traktujący niewolników. Zdarzało się okrucieństwo a nawet zbrodnie. Jednak nawet na żyjącym z niewolnictwa Południu takie traktowanie Murzynów jeszcze przed Wojną Secesyjną było w zasadzie powszechnie potępiane. Jako ciekawostkę można dodać, że w niektórych stanach nawet jedna czwarta niewolników była własnością murzyńskich wyzwoleńców (!). W tym samym czasie na północy USA przeciętny fabrykant w ogóle nie musiał troszczyć się o swoich robotników. Dzisiaj chyba w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, że byli oni realnie znacznie tańsi od niewolników (których wysokie koszty były jedną z przyczyn gospodarczego upośledzenia Południa). Jeżeli jakiś robotnik zmarł z przemęczenia i niedożywienia, albo zabiła go choroba którą złapał w brudnej norze zwanej mieszkaniem …. to na jego miejsce natychmiast zgłaszało się kilku innych. Tą zdumiewającą różnicę doskonale widzieli i wielokrotnie opisywali publicyści tamtego czasu.
Okrucieństwo niewolnictwa nie polegało na tym, że „bat świszczał”, bo to raczej późniejsze bajki niż reguła. Perfidia i podłość „tej instytucji” polegała przede wszystkim na odczłowieczeniu niewolnika przez sprowadzenie go do przedmiotu i narzędzia oraz pozbawienie go wolnej woli, prawa do własności a nawet prawa do nienaruszalności rodziny – które to prawa uważamy wszak za fundament naszej cywilizacji. Dlatego nikt nigdy nie powinien doświadczać okropności niewolnictwa.
Jeżeli dzisiaj niektórzy okazali się na tyle bezrozumni, żeby plątać polską młodzież w nie nasze winy i wojny, to powinniśmy im jednak przypomnieć, że Murzyni w USA mimo wszystko nie doświadczyli tego, co stało się udziałem wielu pokoleń Polaków. Nie ginęli w dziesiątkach tysięcy w Powstaniach o wolność. Nie mordowano ich setkami tysięcy w niemieckich lagrach i sowieckich łagrach. Nie umierali masowo z głodu i zimna na „Nieludzkiej Ziemi”. Nie doświadczyli rzezi Pragi czy masakry Woli. Nie ginęli tysiącami w bezimiennych dołach Piaśnicy czy Katynia. Czy ktoś poza nami w ogóle pamiętam i przejmuje się tym, co przeżyli nasi przodkowie? Nikt się nami nie przejmował, nie przejmuje i przejmować nie będzie … o ile nie ugra na tym „przejmowaniu” czegoś konkretnego. Wierzącym w „sprawiedliwość i dobro” rządzące „globalną wioską” polecam to, co Bolesław Prus zapisał swego czasu w „Kronikach Tygodniowych” - „Gdyby nas nawet setkami tysięcy topiono, wbijano na pale, obdzierano ze skóry, pieczono na wolnym ogniu – w całej sympatycznej Europie nikt palcem nie ruszy, nikt nie otrząśnie popiołu z cygara”. Okropne? Oczywiście, ale przede wszystkim prawdziwe. Taki już jest ten świat i przekonanie, że jest inaczej to tylko dziecięca naiwność.
To, co się dzisiaj dzieje z zachodnią cywilizacją przetrwają tylko ci, którzy potrafią rozumnie pilnować własnych spraw. Jest nas trzydzieści kilka milionów, mamy swoje państwo i elementarny rozsądek nakazuje troszczyć się dzisiaj o to, aby było ono dobrym domem dla swoich obywateli (bez względu na ich pochodzenie), godnym marzeń naszych przodków. Cudze historie i cudze wojny, na które i tak nie mamy żadnego realnego wpływu, zostawmy tym, którzy je wywołują i tym, których one w ogóle dotyczą.

piątek, 19 czerwca 2020

Problem z "Murzynem"?


Na vlogu który mocno polecam ... film o awanturze wokół słowa "Murzyn". Na pewno warto obejrzeć i przemyśleć, podobnie jak inne materiały Szymona. 

czwartek, 18 czerwca 2020

"Walczący z Murzynem"

Walczący z Murzynem ….

Żyjemy w czasach ciężkich dla satyryków. Jeszcze niedawno profesja ta polegała z grubsza na dowcipnym komentowaniu rzeczywistości np. przez doprowadzanie pewnych jej aspektów do absurdu. Od jakiegoś czasu rzeczywistość wywija nam jednak już takie „hołubce”, że coraz trudniej ją przegonić. Weźmy na przykład cyklicznie wracające boje o słowo "Murzyn", które zdaniem niektórych … trzymajcie się mocno … jest … RASISTOWSKIE I OBRAŹLIWE. Jednym z argumentów na poparcie tej teorii ma być tłumaczenie tego słowa jako „ludzki towar”. Jak jest naprawdę? Zajrzyjmy na początek do słownika języka polskiego. "Murzyn – określenie osoby czarnoskórej języku polskim". "OSOBA CZARNOSKÓRA" … i tyle. W żadnym znanym mi słowniku języka polskiego  słowo Murzyn nie ma kwalifikatora „pogardliwe”, jaki dodawany jest na przykład do bez wątpienia obraźliwego słowa „czarnuch”. Potwierdzają to współcześni polscy językoznawcy, jak np. profesorowie Jerzy Bralczyk i Jan Miodek, wedle których „Murzyn” jest słowem neutralnym i na pewno nie pejoratywnym (negatywnym).
Skąd wziął się Murzyn w naszym języku i kulturze? Aleksander Brückner, polski slawista, historyk literatury i kultury polskiej z przełomu XIX i XX wieku w Słowniku Etymologicznym Języka Polskiego napisał, że polskie słowo „Murzyn” powstało w wyniku przekształcenia niemieckiego „Mohr” (łac. maurus, Maur) poprzez dodanie – in. Jest to teoria chyba najbardziej prawdopodobna. Nigdzie, w żadnym poważnym opracowaniu nie trafiłem na tłumaczenie słowa Murzyn jako „ludzki towar”. Byłoby to zresztą mocno absurdalne a na pewno dziwne, jeżeli uwzględnimy, że w Polsce nigdy nie handlowano niewolnikami z Afryki. 
Podsumowując – słowo Murzyn samo z siebie nie jest obraźliwe i ten, kto tak twierdzi albo świadomie kłamie, albo nie rozumie jednej prostej zasady – znaczenie słów będących opisami osobowymi w zdecydowanej większości przypadków określają i mogą zmieniać konkretne związki frazeologiczne. Mówiąc prościej – neutralne emocjonalnie słowo możemy powiązać z negatywnymi zwrotami, przez to staje się ono częścią negatywnej całości. Jeżeli np. jeden z działających w Polsce polityków stwierdził swego czasu, przypisując nam nieporadność polityczną i cywilizacyjną, że „to jest nasza murzyńskość” … to rzeczywiście popełnił coś tyleż głupiego (zwłaszcza politycznie), co ewidentnie obraźliwego. Raczej nie posługiwałbym się też stwierdzeniem, że coś lub ktoś jest „sto lat za Murzynami”. Odnosi się to wprawdzie do jak najbardziej realnego, cywilizacyjnego zapóźnienia większej części Afryki, ale mogę zrozumieć, że osobom o afrykańskich korzeniach może być zwyczajnie przykro, kiedy słyszą coś takiego. Stwierdzając, że za ciężko pracujemy za marne wynagrodzenie mówimy czasem, że „harujemy jak Murzyni”. Tutaj byłbym ostrożny z oceną – zwrot ten wziął się jednak ewidentnie ze świadomości wykorzystywania przez zachodnie społeczeństwa ciężkiej i przymusowej pracy afrykańskich niewolników. Jest jeszcze kilka zwrotów nie dość że obraźliwych, to wulgarnych, których nie powinno się używać w żadnym towarzystwie, więc daruję sobie ich wymienianie i analizę. Neutralnego słowa Murzyn można też używać w wielu absolutnie pozytywnych kontekstach, np. mówiąc o dorobku ciemnoskórych artystów, sportowców czy choćby. podziwiając urodę ciemnoskórych modelek. Dokładnie to samo możemy robić z wieloma innymi słowami określającymi ludzkie cechy fizyczne lub odnoszącymi się do czyjejś narodowości. Weźmy na przykład słowo: "rudy". „Piękna, ruda dziewczyna” … „rude to fałszywe” … jedno słowo, dwa zupełnie inne konteksty, dwa skrajnie odmienne znaczenia. Idźmy dalej – Niemiec … oj ten to ma wiele „złych kontekstów” … i część z nich niestety (konteksty historyczne) zdecydowanie zasłużenie. Poza tym … co znaczy to słowo? Niemiec to 'człowiek niemy”, „nie mówiący naszą mową” … po prostu "nie nasz". Jeszcze gorzej jest ze Szwabem – jeżeli ktoś kogoś okłamał, oszukał, okradł, to … zwłaszcza potomkowie kresowiaków … mówią czasem, że „oszwabił”. Szwabia to niemiecka historyczna i etnograficzna kraina na pograniczu Bawarii, Frankonii i Badenii – Wirtembergii. Z jej mieszkańcami nie mieliśmy nawet w przybliżeniu tak złych doświadczeń jak choćby z Prusakami, a jednak gdy chcemy pogardliwie wyrazić się o Niemcach to mówimy na nich właśnie … „Szwaby”, a nie „Prusaki'. Skąd to się wzięło? Być może jest to zapożyczenie z czeskiego, w którym szwab to nazwa karalucha ... którego w pruskim (?) zaborze nazwaliśmy ... prusakiem. Mieszkańcy Szwabii zapewne ciężko by się zdziwili, dowiadując się, że ich etniczne miano jest w Polsce synonimem "złego Niemca" … ale jakoś nie sądzę by znalazł się tam ktoś na tyle szalony, żeby żądać wyrugowania Niemca, Szwaba ani nawet Prusaka z potocznej polszczyzny. 
Na opisanie takich przykładów można by poświęcić co najmniej kilka książek. Generalnie najważniejsze jest zapamiętanie zasady, że każde słowo samo w sobie to jedno, a jego konteksty („związki frazeologiczne”) to drugie .... i to właśnie one - w zdecydowanej większości przypadków - decydują o jego odbiorze. Słowo jako takie może być całkowicie neutralne, ale konteksty bardzo często mogą nadawać mu zarówno dobre jak i złe znaczenie. „Walczącym z Murzynem” serdecznie polecam więc, żeby nieco przestawili celowniki i zajęli się tym, co być może rzeczywiście ma jakiś sens – rugowaniem z języka polskiego kontekstów, które zasadnie mogą być odbierane jako obraźliwe. Zaznaczam jednak stanowczo – rugowaniem przez uczciwe tłumaczenie, bez kłamstw i manipulacji jakich pełno jest w tej ich „wojnie z Murzynem” ….. i stanowczo bez wyjątkowo trefnej polityki, która ewidentnie wyłazi z tej ich akcji. 
Rasizm jest nie tylko paskudny moralnie – co do tego chyba nikt rozumny nie ma wątpliwości - ale społecznie jest też wyjątkowo głupi i bardzo szkodliwy. Ocenianie konkretnego człowieka tylko przez jego cechy fizyczne (w tym kolor skóry) a nie przez jego osobisty potencjał jest naprawdę nierozumne i niegodne naszego wieku. Bezdyskusyjnie jednak równie parszywe jest wykorzystywanie przedstawicieli mniejszości narodowych do własnej polityki, której finalne cele z reguły w ogóle nie uwzględniają rozważnie pojętego dobra tychże mniejszości. Takie brudne gierki zawsze kończą się źle …