Ilustrowany Kurier Codzienny, 12 października 1932 r.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rasizm. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 stycznia 2023
czwartek, 2 lipca 2020
Różnorodność ... dobra i zła
Podlasianie - Rusini i Żydzi (1 poł. XIX wieku).
Mal. J. Lewicki.
Różnorodność ... dobra i zła
Różnorodność,
tak bezwzględnie fetyszyzowana przez współczesną lewicę, sama w sobie – jako
wielość źródeł kulturowych - nie jest ani dobra, ani zła.
Wszystko zależy od kontekstu i od tego, że dobrze służy
społeczeństwu czy też mu szkodzi. Możemy tą różnorodność
jako proces społeczny podzielić dwojako. W historii powstawała
często jako proces niejako naturalny, kształtujący się w dłuższym
czasie przez splot różnych czynników bez silnej, odgórnej presji.
W ten właśnie sposób, przez dobrowolne mieszanie różnych grup
etnicznych i różnych kultur powstało unikalne dziedzictwo
kulturowe I Rzeczypospolitej z jego oszałamiającą ilością
źródeł.
Na początku trzeba zaznaczyć, że proces ten przebiegał różnie w różnych dzielnicach. W „starych ziemiach” Królestwa Polskiego i wszędzie tam, gdzie przeważał polski żywioł odbywało się to przez splot zapożyczeń z polskim rdzeniem kulturowym. Przykładem może być tutaj dogłębna polonizacja ogromnych rzesz Niemców osiedlających się w Polsce od średniowiecza. Na koronnych i litewskich ziemiach ruskich, na których Polacy byli elitarną mniejszością, polskość była zapożyczeniem splatającym w różnym stopniu się z ruskim rdzeniem. Podobnie było z wpływami ormiańskimi, niemieckimi, włoskimi, holenderskimi, tatarskimi czy nawet z zewnętrznymi wpływami tureckimi.
Na początku trzeba zaznaczyć, że proces ten przebiegał różnie w różnych dzielnicach. W „starych ziemiach” Królestwa Polskiego i wszędzie tam, gdzie przeważał polski żywioł odbywało się to przez splot zapożyczeń z polskim rdzeniem kulturowym. Przykładem może być tutaj dogłębna polonizacja ogromnych rzesz Niemców osiedlających się w Polsce od średniowiecza. Na koronnych i litewskich ziemiach ruskich, na których Polacy byli elitarną mniejszością, polskość była zapożyczeniem splatającym w różnym stopniu się z ruskim rdzeniem. Podobnie było z wpływami ormiańskimi, niemieckimi, włoskimi, holenderskimi, tatarskimi czy nawet z zewnętrznymi wpływami tureckimi.
Proces ten zachodził
również w odwrotnymi kierunku oraz generował związki wzajemne
między samymi zapożyczeniami. Dodajmy jeszcze Żydów, tworzących
własne enklawy i z reguły w ogóle się nie asymilujących, ale też
w różnym stopniu wpływających na kulturę innych nacji
Rzeczypospolitej. Wszystko to wytworzyło obszar unikalny kulturowo i
dziedzictwo, którego … chyba nie są dzisiaj świadomi nawet jego
bezpośredni spadkobiercy – narody żyjące na dawnym obszarze I
Rzeczypospolitej. Nawet my, Polacy, często nie rozumiemy jak
bogatą, jak unikalną kulturę odziedziczyliśmy po naszych
staropolskich przodkach. Tylko dlatego niektórym z nas wydaje
się, że potrzebujemy dzisiaj jakiegoś „kulturowego ubogacenia”
w zachodnim stylu. Zdecydowanie NIE, tym bardziej, że to co nam
proponują zwolennicy "multikulti" jest dokładnym zaprzeczeniem różnorodności
jako naturalnego skutku dobrowolnego mieszania różnych wpływów
kulturowych. To, co w tej chwili dzieje się w świecie zachodnim
jest procesem całkowicie odgórnym, z bardzo konkretnym programem
ideologicznym i politycznym. Jego główną dysfunkcją jest
założenie, że można mieszać na jednym terenie grupy całkowicie
różne kulturowo bez efektywnych mechanizmów asymilacyjnych. Na
razie taka polityka doprowadziła tylko do utworzenia gett
etnicznych, generujących niezliczone patologie społeczne i
kulturowe. Nie ma tutaj mowy o żadnym „mieszaniu kultur” i
jakieś pozytywnej różnorodności. Jest za to coraz bardziej
eskalujący konflikt – który prędzej czy później eksploduje w
masowej przemocy. Tak kreowana "różnorodność" jest bezdyskusyjnie zła i prowadzi wyłącznie do stopniowego chaosu i destrukcji społeczeństwa.
Mamy dzisiaj unikalną szansę uczyć się na
doświadczeniach Zachodu i unikać jego błędów. Aby wyciągnąć z
tej nauki rozumne wnioski musimy jednak najpierw poznać bogactwo
naszego dziedzictwa – kultury I Rzeczypospolitej. Jako wstęp
polecam serię filmików poświęconych kulturowym źródło naszego
dziedzictwa.
niedziela, 28 czerwca 2020
czwartek, 25 czerwca 2020
poniedziałek, 22 czerwca 2020
Litwacy
Car Aleksander III Romanow - jego polityka zintensyfikowało
na ziemiach polskich osadnictwo rosyjskich Żydów ("litwaków").
Litwacy
Pomysł był iście diabelski. Pozbyć się niechcianej grupy, „podrzucając” ją przy okazji Polakom, aby rozpalić konflikty, które odciągnęłyby ich od „knucia” przeciwko imperium (albo przynajmniej ograniczyły ich aktywność w tej materii). Niestety, częściowo udało się …..
Strefy osiedlenia hamujące napływ polskich Żydów na ziemie imperium rosyjskiego po raz pierwszy uchwaliła caryca Katarzyna II, która w grudniu 1791 roku wypędziła z Rosji wszystkich Żydów na ziemie zaboru polskiego. Dodatkowo zabroniono im tam osiedlania się w miastach. Ukaz częściowo cofnął Aleksander I, otwierając miasta na wschodniej Białorusi i Ukrainie dla bogatych kupców i wojskowych pochodzenia żydowskiego. Od 1862 roku w Królestwie Polskim Żydzi zyskali dzięki staraniom Aleksandra Wielopolskiego częściowe równouprawnienie. Trudno więc dziwić się, że gdy w 1868 roku zniesiono ograniczenia w przemieszczaniu się ludności żydowskiej między „kongresówką” i resztą imperium upośledzeni polityczni i społecznie rosyjscy Żydzi gremialnie ruszyli na zachód. Nasilenie tej migracji przyniosły zmiany w wewnętrznej polityce Rosji pod koniec stulecia. Gwałtowną eksplozję rosyjskiego antysemityzmu spowodował skuteczny zamach na cara Aleksandra II (13 marca 1881 r.). Chociaż dokonał go Polak Ignacy Hryniewiecki, to opinia publiczna oskarżyła o współudział Żydów. Doprowadziło to na początku lat 90-tych do wypędzenia do Żydów z Petersburga, Moskwy, północnej Białorusi i Litwy. Tym razem za granicę strefy osiedlenia uznano wschodnią granicę Królestwa Polskiego.
Żydów przesiedlonych w ten sposób na ziemie polskie nazywano powszechnie, choć cokolwiek nieprecyzyjnie, litwakami. Ich pierwsza fala liczyła około 70-tysięcy rodzin. Druga, jeszcze większa przybyła w latach 1905 – 1907 . W sumie było to ponad 600 tysięcy osób. Osiedlali się najchętniej we wielkich ośrodkach miejskich i przemysłowych (szczególnie Łódź i Warszawa).
O ile napływ litwaków miał pozytywny wpływ na gospodarkę Królestwa (było wśród nich wielu ludzi nowocześnie wykształconych i bogatych), to przyniósł fatalne skutki dla stosunków polsko – żydowskich. Litwacy w większości byli już zasymilowani do kultury rosyjskiej. Nie znali polskiego i posługiwali się rosyjskim (ew. litewskim jidysz). Nie utożsamiali się z kulturą i historią Rzeczypospolitej. Dzięki swojej liczebności oraz sile ekonomicznej (wynikającej po części ze znajomości języka rosyjskiego oraz rynków cesarstwa), z czasem praktycznie zdominowali liberalną część polskich Żydów. Przyczyniła się do tego również polityka carskiej administracji, aktywnie wspierającej zrusyfikowanych litwaków wobec asymilujących się „starych” Żydów.
Litwacy zwalczali podjęte przez polskich Żydów na początku XIX wieku dzieło asymilacji, odcinając się od polskich dążeń narodowych i propagując wśród szerokich mas żydowskich de facto prorosyjski separatyzm. Zrujnowali w ten sposób proces, który również dla nich samych mógł być wielką szansą. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że litwacy uciekając przez represyjnością oficjalnej polityki w rosyjskich guberniach imperium sami (świadomie lub nie, ale jednak) stali się jej narzędziem przeciwko Polakom. Zgodnie z dążeniami imperialnej administracji zadziałała stara jak historia cywilizacji zasada „dziel i rządź”. Polacy od początku traktowali litwaków niechętnie postrzegając, nie bez racji, jako narzędzie polityki rusyfikacyjnej. Osadnictwo rosyjskich Żydów mocno ograniczało polskie wpływy polityczne i gospodarcze, w oczywisty sposób osłabiając opór przeciwko zaborcy. Gdyby Polska istniała jako niezależne państwo na całości swoich ziem to litwaków zasymilowano by prędzej czy później. Mały rosyjski protektorat, jakim była „kongresówka”, po prostu nie miał potencjału, aby poradzić sobie z takim problemem. Dlatego duże skupiska ludności separującej się od polskich dążeń narodowych, a powstające na ziemiach polskich jako skutek imperialnej polityki, były iskrą rozpalającą konflikty, które dotąd tliły się gdzieś na politycznym marginesie. Skutki były fatalne, a ich dziedzictwo wlecze się za nami do tej pory.
Litwackie osadnictwo rozpaliło również konflikt między samymi Żydami. Przede wszystkim negatywnie przyjęli ich żydowscy ortodoksi. Kiedy w odrodzonej Polsce ponownie znalazły się społeczności małopolskich chasydów wybuchła niemal wojna religijna między obiema społecznościami („Wilno vs Ukraina”). Chasydzi nazywali litwaków „szajgecami” (co w tym kontekście oznaczało „nierozsądnych młodzieńców”) zarzucając ich religijności intelektualny scholastycyzm. Z kolei wykształceni litwacy odpłacali „ciemnym” chasydom pogardą, oskarżając ich o prymitywizm i zabobony. Zajadłość tego sporu była taka, że obie strony nie potrafiły porozumieć się aż do tragicznego końca. Opozycją wobec litwaków byli również Żydzi „reformowani”, postrzegający swoich zrusyfikowanych pobratymców jako konkurencję gospodarczą i przeciwników w dążeniu do asymilacji i związania polskich Żydów z polskimi ruchami niepodległościowymi.
Konflikty rozpętane przez osadnictwo litwaków to tylko jeden z długiej listy fatalnych skutków utraty własnej państwowości i zaborów. Z ich dziedzictwem nigdy nie poradziła sobie II Rzeczpospolita, jako państwo zbyt słabe ekonomicznie, politycznie, a ponad wszystko zbyt krótko istniejące. Wszystko zakończyła tragedia II wojny światowej.
Pomysł był iście diabelski. Pozbyć się niechcianej grupy, „podrzucając” ją przy okazji Polakom, aby rozpalić konflikty, które odciągnęłyby ich od „knucia” przeciwko imperium (albo przynajmniej ograniczyły ich aktywność w tej materii). Niestety, częściowo udało się …..
Strefy osiedlenia hamujące napływ polskich Żydów na ziemie imperium rosyjskiego po raz pierwszy uchwaliła caryca Katarzyna II, która w grudniu 1791 roku wypędziła z Rosji wszystkich Żydów na ziemie zaboru polskiego. Dodatkowo zabroniono im tam osiedlania się w miastach. Ukaz częściowo cofnął Aleksander I, otwierając miasta na wschodniej Białorusi i Ukrainie dla bogatych kupców i wojskowych pochodzenia żydowskiego. Od 1862 roku w Królestwie Polskim Żydzi zyskali dzięki staraniom Aleksandra Wielopolskiego częściowe równouprawnienie. Trudno więc dziwić się, że gdy w 1868 roku zniesiono ograniczenia w przemieszczaniu się ludności żydowskiej między „kongresówką” i resztą imperium upośledzeni polityczni i społecznie rosyjscy Żydzi gremialnie ruszyli na zachód. Nasilenie tej migracji przyniosły zmiany w wewnętrznej polityce Rosji pod koniec stulecia. Gwałtowną eksplozję rosyjskiego antysemityzmu spowodował skuteczny zamach na cara Aleksandra II (13 marca 1881 r.). Chociaż dokonał go Polak Ignacy Hryniewiecki, to opinia publiczna oskarżyła o współudział Żydów. Doprowadziło to na początku lat 90-tych do wypędzenia do Żydów z Petersburga, Moskwy, północnej Białorusi i Litwy. Tym razem za granicę strefy osiedlenia uznano wschodnią granicę Królestwa Polskiego.
Żydów przesiedlonych w ten sposób na ziemie polskie nazywano powszechnie, choć cokolwiek nieprecyzyjnie, litwakami. Ich pierwsza fala liczyła około 70-tysięcy rodzin. Druga, jeszcze większa przybyła w latach 1905 – 1907 . W sumie było to ponad 600 tysięcy osób. Osiedlali się najchętniej we wielkich ośrodkach miejskich i przemysłowych (szczególnie Łódź i Warszawa).
O ile napływ litwaków miał pozytywny wpływ na gospodarkę Królestwa (było wśród nich wielu ludzi nowocześnie wykształconych i bogatych), to przyniósł fatalne skutki dla stosunków polsko – żydowskich. Litwacy w większości byli już zasymilowani do kultury rosyjskiej. Nie znali polskiego i posługiwali się rosyjskim (ew. litewskim jidysz). Nie utożsamiali się z kulturą i historią Rzeczypospolitej. Dzięki swojej liczebności oraz sile ekonomicznej (wynikającej po części ze znajomości języka rosyjskiego oraz rynków cesarstwa), z czasem praktycznie zdominowali liberalną część polskich Żydów. Przyczyniła się do tego również polityka carskiej administracji, aktywnie wspierającej zrusyfikowanych litwaków wobec asymilujących się „starych” Żydów.
Litwacy zwalczali podjęte przez polskich Żydów na początku XIX wieku dzieło asymilacji, odcinając się od polskich dążeń narodowych i propagując wśród szerokich mas żydowskich de facto prorosyjski separatyzm. Zrujnowali w ten sposób proces, który również dla nich samych mógł być wielką szansą. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że litwacy uciekając przez represyjnością oficjalnej polityki w rosyjskich guberniach imperium sami (świadomie lub nie, ale jednak) stali się jej narzędziem przeciwko Polakom. Zgodnie z dążeniami imperialnej administracji zadziałała stara jak historia cywilizacji zasada „dziel i rządź”. Polacy od początku traktowali litwaków niechętnie postrzegając, nie bez racji, jako narzędzie polityki rusyfikacyjnej. Osadnictwo rosyjskich Żydów mocno ograniczało polskie wpływy polityczne i gospodarcze, w oczywisty sposób osłabiając opór przeciwko zaborcy. Gdyby Polska istniała jako niezależne państwo na całości swoich ziem to litwaków zasymilowano by prędzej czy później. Mały rosyjski protektorat, jakim była „kongresówka”, po prostu nie miał potencjału, aby poradzić sobie z takim problemem. Dlatego duże skupiska ludności separującej się od polskich dążeń narodowych, a powstające na ziemiach polskich jako skutek imperialnej polityki, były iskrą rozpalającą konflikty, które dotąd tliły się gdzieś na politycznym marginesie. Skutki były fatalne, a ich dziedzictwo wlecze się za nami do tej pory.
Litwackie osadnictwo rozpaliło również konflikt między samymi Żydami. Przede wszystkim negatywnie przyjęli ich żydowscy ortodoksi. Kiedy w odrodzonej Polsce ponownie znalazły się społeczności małopolskich chasydów wybuchła niemal wojna religijna między obiema społecznościami („Wilno vs Ukraina”). Chasydzi nazywali litwaków „szajgecami” (co w tym kontekście oznaczało „nierozsądnych młodzieńców”) zarzucając ich religijności intelektualny scholastycyzm. Z kolei wykształceni litwacy odpłacali „ciemnym” chasydom pogardą, oskarżając ich o prymitywizm i zabobony. Zajadłość tego sporu była taka, że obie strony nie potrafiły porozumieć się aż do tragicznego końca. Opozycją wobec litwaków byli również Żydzi „reformowani”, postrzegający swoich zrusyfikowanych pobratymców jako konkurencję gospodarczą i przeciwników w dążeniu do asymilacji i związania polskich Żydów z polskimi ruchami niepodległościowymi.
Konflikty rozpętane przez osadnictwo litwaków to tylko jeden z długiej listy fatalnych skutków utraty własnej państwowości i zaborów. Z ich dziedzictwem nigdy nie poradziła sobie II Rzeczpospolita, jako państwo zbyt słabe ekonomicznie, politycznie, a ponad wszystko zbyt krótko istniejące. Wszystko zakończyła tragedia II wojny światowej.
niedziela, 21 czerwca 2020
Cudze winy i wojny ....
Rozstrzelanie Polaków na Starym Rynku w Bydgoszczy (wrzesień 1939)
Jedna z niezliczonych chwil tamtego czasu ...
Jedna z niezliczonych chwil tamtego czasu ...
Cudze winy i wojny .....
Policjant
mający problemy z agresją, przeszkolony przez instruktora bez
wyobraźni, za mocno przydusił naćpanego bandziora i na skutek tej
śmierci … Zachód oszalał. W USA zapłonęły miasta, oszalały z
nienawiści tłum plądrował sklepy i składy (co ciekawe nigdy
banki) i niszczył pomniki „rasistów” (np. waszyngtoński pomnik
Kościuszki!). Do tego pokazówki publicznego poniżania białych
Amerykanów ekspiacją za nieswoje winy, zmuszaniem do klękania,
całowania butów itp. Szaleństwo już rozlało się na zachodnią
Europę … i niestety dotarło też do Polski. W ostatnich
tygodniach w Poznaniu, Gdańsku, Warszawie i Krakowie aktywiści i
politycy lewicy zorganizowali kilka młodzieżowych „protestów
przeciwko rasizmowi”, wprost nawiązujących do śmierci Georga
Floyda i ruchu „Black live matter” („Czarne życie ważne”).
Pozwolę sobie uznać te „iwenty” nie tylko za absurdalne, ale
też wybitnie szkodliwe dla międzynarodowego wizerunku Polski i dla
naszych geopolitycznych interesów. Na początek zwróćcie proszę
uwagę, że te wszystkie marsze niosły w zdecydowanej większości
hasła spisane po angielsku, a to o czymś świadczy – ustawiono je
ewidentnie na zagraniczny odbiór i na ocenę prościutką jak
przysłowiowa konstrukcja cepa - „protestują, więc jest problem”.
Absurdalne? Oczywiście - przede wszystkim dlatego, że Polacy nigdy
nie handlowali afrykańskimi niewolnikami i nigdy ich nie
wykorzystywali do niewolniczej pracy. Nie mieliśmy i nie mamy
żadnego wpływu na sytuację Murzynów w USA ani w żadnym z krajów
Europy Zachodniej. Nie mamy w związku z tym żadnych historycznych
przewin ani tym bardziej żadnych społecznych czy politycznych
długów. Czy mamy w Polsce jakiś szczególny rasizm wobec Murzynów
i w ogóle jakichś mniejszości? Jak wszędzie także i u nas
zdarzają się rasistowskie zachowania, ale nawet w przybliżeniu nie
mamy z tym takiego problemu, jak praktycznie wszystkie kraje „starej
Unii”. Niestety, organizowanie tych „protestów przeciwko
rasizmowi” sugeruje coś dokładnie odwrotnego. Nie dość, że
wkręcamy naszą młodzież w zupełnie obcą nam awanturę, to
jeszcze sami siebie wyjątkowo głupio oczerniamy i oduczamy młodych
szacunku dla ich własnej historii. Zastanówcie się proszę, czy my
na pewno powinniśmy jakoś extra spektakularnie emocjonować się
„niewolą Murzynów w USA” …. jeżeli udziałem naszych
przodków były znacznie gorsze historie? Tak … dobrze
przeczytaliście … ZNACZNIE GORSZE. Zacznijmy najpierw od
przyjrzenia się, jak naprawdę wyglądało niewolnictwo Murzynów w
USA. Nasze współczesne wyobrażenia na ten temat to zbitka obrazów
z XIX wiecznych powieści i XX wiecznych filmów, mająca raczej
niewiele wspólnego z realną historią. Jeżeli dwieście lat temu
właściciel plantacji gdzieś na południu USA kupował niewolników,
to była to dla niego droga inwestycja. Aby się zwróciła
niewolnicy musieli efektywnie pracować, a to z kolei wymagało co
najmniej przyzwoitego wyżywienia, zakwaterowania i traktowania (żeby
się ciągle nie buntowali). Owszem, bywali też właściciele źle
traktujący niewolników. Zdarzało się okrucieństwo a nawet
zbrodnie. Jednak nawet na żyjącym z niewolnictwa Południu takie
traktowanie Murzynów jeszcze przed Wojną Secesyjną było w
zasadzie powszechnie potępiane. Jako ciekawostkę można dodać, że
w niektórych stanach nawet jedna czwarta niewolników była
własnością murzyńskich wyzwoleńców (!). W tym samym czasie na
północy USA przeciętny fabrykant w ogóle nie musiał troszczyć
się o swoich robotników. Dzisiaj chyba w ogóle nie zdajemy sobie
sprawy, że byli oni realnie znacznie tańsi od niewolników (których
wysokie koszty były jedną z przyczyn gospodarczego upośledzenia
Południa). Jeżeli jakiś robotnik zmarł z przemęczenia i
niedożywienia, albo zabiła go choroba którą złapał w brudnej
norze zwanej mieszkaniem …. to na jego miejsce natychmiast
zgłaszało się kilku innych. Tą zdumiewającą różnicę
doskonale widzieli i wielokrotnie opisywali publicyści tamtego
czasu.
Okrucieństwo
niewolnictwa nie polegało na tym, że „bat świszczał”, bo to
raczej późniejsze bajki niż reguła. Perfidia i podłość „tej
instytucji” polegała przede wszystkim na odczłowieczeniu
niewolnika przez sprowadzenie go do przedmiotu i narzędzia oraz
pozbawienie go wolnej woli, prawa do własności a nawet prawa do
nienaruszalności rodziny – które to prawa uważamy wszak za
fundament naszej cywilizacji. Dlatego nikt nigdy nie powinien
doświadczać okropności niewolnictwa.
Jeżeli
dzisiaj niektórzy okazali się na tyle bezrozumni, żeby plątać
polską młodzież w nie nasze winy i wojny, to powinniśmy im jednak
przypomnieć, że Murzyni w USA mimo wszystko nie doświadczyli tego,
co stało się udziałem wielu pokoleń Polaków. Nie ginęli w
dziesiątkach tysięcy w Powstaniach o wolność. Nie mordowano ich
setkami tysięcy w niemieckich lagrach i sowieckich łagrach. Nie
umierali masowo z głodu i zimna na „Nieludzkiej Ziemi”. Nie
doświadczyli rzezi Pragi czy masakry Woli. Nie ginęli tysiącami w
bezimiennych dołach Piaśnicy czy Katynia. Czy ktoś poza nami w
ogóle pamiętam i przejmuje się tym, co przeżyli nasi przodkowie?
Nikt się nami nie przejmował, nie przejmuje i przejmować nie
będzie … o ile nie ugra na tym „przejmowaniu” czegoś
konkretnego. Wierzącym w „sprawiedliwość i dobro” rządzące
„globalną wioską” polecam to, co Bolesław Prus zapisał swego
czasu w „Kronikach Tygodniowych” - „Gdyby
nas nawet setkami tysięcy topiono, wbijano na pale, obdzierano ze
skóry, pieczono na wolnym ogniu – w całej sympatycznej
Europie
nikt palcem nie ruszy, nikt nie otrząśnie popiołu z cygara”.
Okropne? Oczywiście, ale przede wszystkim prawdziwe. Taki już jest
ten świat i przekonanie, że jest inaczej to tylko dziecięca
naiwność.
To,
co się dzisiaj dzieje z zachodnią cywilizacją przetrwają tylko
ci, którzy potrafią rozumnie pilnować własnych spraw. Jest nas
trzydzieści kilka milionów, mamy swoje państwo i elementarny
rozsądek nakazuje troszczyć się dzisiaj o to, aby było ono dobrym
domem dla swoich obywateli (bez względu na ich pochodzenie), godnym
marzeń naszych przodków. Cudze historie i cudze wojny, na które i
tak nie mamy żadnego realnego wpływu, zostawmy tym, którzy je
wywołują i tym, których one w ogóle dotyczą.
piątek, 19 czerwca 2020
Problem z "Murzynem"?
Na vlogu który mocno polecam ... film o awanturze wokół słowa "Murzyn". Na pewno warto obejrzeć i przemyśleć, podobnie jak inne materiały Szymona.
czwartek, 18 czerwca 2020
"Walczący z Murzynem"
Walczący
z Murzynem ….
Żyjemy
w czasach ciężkich dla satyryków. Jeszcze niedawno profesja ta
polegała z grubsza na dowcipnym komentowaniu rzeczywistości np.
przez doprowadzanie pewnych jej aspektów do absurdu. Od jakiegoś
czasu rzeczywistość wywija nam jednak już takie „hołubce”, że
coraz trudniej ją przegonić. Weźmy na przykład cyklicznie
wracające boje o słowo "Murzyn", które zdaniem
niektórych … trzymajcie się mocno … jest … RASISTOWSKIE I
OBRAŹLIWE. Jednym z argumentów na poparcie tej teorii ma być
tłumaczenie tego słowa jako „ludzki towar”. Jak jest naprawdę?
Zajrzyjmy na początek do słownika języka polskiego.
"Murzyn – określenie
osoby czarnoskórej w języku
polskim".
"OSOBA CZARNOSKÓRA" … i tyle. W żadnym znanym mi
słowniku języka polskiego słowo Murzyn nie ma kwalifikatora
„pogardliwe”, jaki dodawany jest na przykład do bez wątpienia
obraźliwego słowa „czarnuch”. Potwierdzają to współcześni
polscy językoznawcy, jak np. profesorowie Jerzy Bralczyk i Jan
Miodek, wedle których „Murzyn” jest słowem neutralnym i na
pewno nie pejoratywnym (negatywnym).
Skąd
wziął się Murzyn w naszym języku i kulturze? Aleksander Brückner,
polski slawista, historyk literatury i kultury polskiej z przełomu
XIX i XX wieku w Słowniku Etymologicznym Języka Polskiego napisał,
że polskie
słowo „Murzyn” powstało w wyniku
przekształcenia niemieckiego „Mohr”
(łac. maurus, Maur)
poprzez dodanie – in. Jest to teoria chyba najbardziej
prawdopodobna. Nigdzie, w żadnym poważnym opracowaniu nie trafiłem
na tłumaczenie słowa Murzyn jako „ludzki towar”. Byłoby to
zresztą mocno absurdalne a na pewno dziwne, jeżeli uwzględnimy, że
w Polsce nigdy nie handlowano niewolnikami z Afryki.
Podsumowując
– słowo Murzyn samo z siebie nie jest obraźliwe i ten, kto tak
twierdzi albo świadomie kłamie, albo nie rozumie jednej prostej
zasady – znaczenie słów będących opisami osobowymi w
zdecydowanej większości przypadków określają i mogą zmieniać
konkretne związki frazeologiczne. Mówiąc prościej – neutralne
emocjonalnie słowo możemy powiązać z negatywnymi zwrotami, przez
to staje się ono częścią negatywnej całości. Jeżeli np. jeden
z działających w Polsce polityków stwierdził swego czasu,
przypisując nam nieporadność polityczną i cywilizacyjną, że „to
jest nasza murzyńskość” … to rzeczywiście popełnił coś
tyleż głupiego (zwłaszcza politycznie), co ewidentnie obraźliwego.
Raczej nie posługiwałbym się też stwierdzeniem, że coś lub ktoś
jest „sto lat za Murzynami”. Odnosi się to wprawdzie do jak
najbardziej realnego, cywilizacyjnego zapóźnienia większej części
Afryki, ale mogę zrozumieć, że osobom o afrykańskich korzeniach
może być zwyczajnie przykro, kiedy słyszą coś takiego.
Stwierdzając, że za ciężko pracujemy za marne wynagrodzenie
mówimy czasem, że „harujemy jak Murzyni”. Tutaj byłbym
ostrożny z oceną – zwrot ten wziął się jednak ewidentnie ze
świadomości wykorzystywania przez zachodnie społeczeństwa
ciężkiej i przymusowej pracy afrykańskich niewolników. Jest
jeszcze kilka zwrotów nie dość że obraźliwych, to wulgarnych,
których nie powinno się używać w żadnym towarzystwie, więc
daruję sobie ich wymienianie i analizę. Neutralnego słowa Murzyn
można też używać w wielu absolutnie pozytywnych kontekstach, np.
mówiąc o dorobku ciemnoskórych artystów, sportowców czy choćby.
podziwiając urodę ciemnoskórych modelek. Dokładnie to samo możemy
robić z wieloma innymi słowami określającymi ludzkie cechy
fizyczne lub odnoszącymi się do czyjejś narodowości. Weźmy na
przykład słowo: "rudy". „Piękna, ruda dziewczyna” …
„rude to fałszywe” … jedno słowo, dwa zupełnie inne
konteksty, dwa skrajnie odmienne znaczenia. Idźmy dalej – Niemiec
… oj ten to ma wiele „złych kontekstów” … i część z nich
niestety (konteksty historyczne) zdecydowanie zasłużenie. Poza tym
… co znaczy to słowo? Niemiec to 'człowiek niemy”, „nie
mówiący naszą mową” … po prostu "nie nasz". Jeszcze
gorzej jest ze Szwabem – jeżeli ktoś kogoś okłamał, oszukał,
okradł, to … zwłaszcza potomkowie kresowiaków … mówią
czasem, że „oszwabił”. Szwabia
to niemiecka historyczna i etnograficzna kraina na pograniczu
Bawarii, Frankonii i Badenii – Wirtembergii. Z jej mieszkańcami
nie mieliśmy nawet w przybliżeniu tak złych doświadczeń jak
choćby z Prusakami, a jednak gdy chcemy pogardliwie wyrazić się o
Niemcach to mówimy na nich właśnie … „Szwaby”, a nie
„Prusaki'. Skąd to się wzięło? Być może jest to
zapożyczenie z czeskiego, w którym szwab to nazwa karalucha ...
którego w pruskim (?) zaborze nazwaliśmy ... prusakiem. Mieszkańcy
Szwabii zapewne ciężko by się zdziwili, dowiadując się, że ich
etniczne miano jest w Polsce synonimem "złego Niemca" …
ale jakoś nie sądzę by znalazł się tam ktoś na tyle szalony,
żeby żądać wyrugowania Niemca, Szwaba ani nawet Prusaka z
potocznej polszczyzny.
Na
opisanie takich przykładów można by poświęcić co najmniej kilka
książek. Generalnie najważniejsze jest zapamiętanie zasady, że
każde słowo samo w sobie to jedno, a jego konteksty („związki
frazeologiczne”) to drugie .... i to właśnie one - w zdecydowanej
większości przypadków - decydują o jego odbiorze. Słowo jako
takie może być całkowicie neutralne, ale konteksty bardzo często
mogą nadawać mu zarówno dobre jak i złe znaczenie. „Walczącym
z Murzynem” serdecznie polecam więc, żeby nieco przestawili
celowniki i zajęli się tym, co być może rzeczywiście ma jakiś
sens – rugowaniem z języka polskiego kontekstów, które zasadnie
mogą być odbierane jako obraźliwe. Zaznaczam jednak stanowczo –
rugowaniem przez uczciwe tłumaczenie, bez kłamstw i manipulacji
jakich pełno jest w tej ich „wojnie z Murzynem” ….. i
stanowczo bez wyjątkowo trefnej polityki, która ewidentnie wyłazi
z tej ich akcji.
Rasizm
jest nie tylko paskudny moralnie – co do tego chyba nikt rozumny
nie ma wątpliwości - ale społecznie jest też wyjątkowo głupi i
bardzo szkodliwy. Ocenianie konkretnego człowieka tylko przez jego
cechy fizyczne (w tym kolor skóry) a nie przez jego osobisty
potencjał jest naprawdę nierozumne i niegodne naszego wieku.
Bezdyskusyjnie jednak równie parszywe jest wykorzystywanie
przedstawicieli mniejszości narodowych do własnej polityki, której
finalne cele z reguły w ogóle nie uwzględniają rozważnie
pojętego dobra tychże mniejszości. Takie brudne gierki zawsze kończą
się źle …
Subskrybuj:
Posty (Atom)





